Dwie Doliny Białej Wody na powitanie jesieni

Znacie to - wymyślasz wyjazd za miesiąc/dwa czy pół roku na przód, namawiasz znajomych, dogrywacie termin, załatwiacie wolne w pracy, wybieracie kwaterę i...teraz pozostaje liczyć, że traficie na dobrą pogodę. Im bliżej jest tej daty, to coraz częściej sprawdzasz prognozy. Dwa tygodnie przed terminem - będzie słońce za chmur. Tydzień przed, że będzie słońce, a potem co dzień zmiana prognozy. A to więcej słońca, a to więcej chmur, ale na szczęście opadów brak! Jeśli to znacie, to wiecie jaka to ulga gdy sprawdzają się te lepsze prognozy i właśnie to nam się udało. 
Było słonecznie, choć deszcz też się pojawił, ale po kolei...
Kolejny wyjazd z cyklu rodzinnych. Gdzie nie szczyty, wysokości czy kilometry są najważniejsze. Ważniejsze jest spędzenie czasu w pięknych okolicznościach przyrody. Czyli uprzedzając - żadnych szczytów nie zdobędziemy.
W sobotę rozpoczynamy od spotkania...ale nie na naszej stacji benzynowej w Katowicach a innej - inny kierunek nas dziś czeka. Tradycyjnie kupuję kawę i ruszamy - mijamy rozkopany Olkusz, Kraków z korkiem na wylocie na zakopiance, zakorkowany Nowy Targ i przejeżdżamy Szczawnicę. Naszą bazą będą Jaworki. Zostawiamy auta na kwaterach i ruszamy w góry. 
Od razu następuje zmiana planów i ruszamy przez Rezerwat Białej Wody w Jaworkach ku Przełęczy Rozdziela.

Mijamy domostwa, nowe domki modułowe pod wynajem, mostki pod Czubatą oraz żeremie bobrów na potoku. Spore - z dwa metry wysokości ma tama!

Żeremie:

Następnie mijamy kapliczkę i wodospad obok niej:

A potem przechodzimy przed potok:

i rozpoczynamy podejście. W bacówce kupujemy serki - baca pogania bo musi iść wydoić, więc po nas kolejni turyści już mogą się obejść smakiem. A serki, choć nie z owczego mleka, to są przepyszne. No to ruszamy wyżej - dla mnie to będzie coś nowego, bo mimo, iż w Białej Wody jestem trzeci raz, to raz tylko doszliśmy do tejże bacówki, więc wszystko ponad nią, to nowe. Choć to co najpiękniejsze - widoki, już tu się pojawiają za nami. Natomiast wyżej, na tle błękitnego nieba widzimy pasące się stado krów:

Znajdujemy fajną miejscówkę, gdzie zasiadamy na dłuższą chwilę. Podziwiamy widoki, robimy zdjęcia, zjadamy kanapki, popijamy piwo. Sielanka!

Trzy Korony, które wyparłem, bo wydawało mi się, że stąd ich nie powinno być widać, za to Radziejową rozpoznaję:

Nasza odpoczywająca grupa na tle Smoleglowej Skały:

Trzy Korony i Babia Góra na horyzoncie:

Cisza, ciepło od słonecznych promieni i okrzyki kruków. Błogo nam...
Po jakiejś tam chwili ruszamy do góry, gdzie odbijamy ku przełęczy. Wow! Przepięknie tu jest! 


Nasza grupa na przełęczy:

Tu spotykamy zimowity (zawilce jak to powiedziałem 😂😂):

Moją uwagę ściągają góry po słowackiej stronie:

To Góry Lewockie, Hrča i Siminy. Fajnie to wygląda! 
Postanawiamy wracać. Jesteśmy nieco głodni, więc w drodze w dół następuje głosowanie - czy robimy grilla, czy też schodzimy do karczmy niżej od kwatery. 
Idziemy łąkami, które pokryte są norami, zapewne nornic. Jedna z nich szybko znika, ale poza szarą smugą nic więcej nie dostrzegam. Za to jest Lubań w Gorcach:

Chwila na rozgoszczenie się na kwaterach i idziemy na obiad, a po nim odpalamy grilla.
Kolejnego dnia umówieni jesteśmy o 8. Chwilę po niej ruszamy. Nauczeni, po ostatnim wyjeździe dziś mamy zarezerwowane bilety na parkingu na Łysej Polanie. Gdzieś w okolicach Wdżaru wjeżdżamy w mgłę - większość z nas ma w głowie, o nieee, na szczęście po chwili mamy piękny widok na Tatry. Jeszcze tylko przejazd przez granicę:

i po chwili parkujemy na parkingu, do którego już od mostu jest kolejka.  
Już z parkingu mamy piękne widoki:
Turnia nad Dziadem kończąca grzbiet Wołoszyna z lewej, a z prawej Mała i Wielka Koszysta.

Zakupy i ruszamy. Wybieramy niebieski szlak, biegnący słowacką Doliną Białej Wody. Jest chłodno, a w cieniu nawet rześko. Ale nam humory dopisują - drugi dzień przepięknej pogody! Początek drogi prowadzi lasem, więc każda przerwa w lesie powoduje oglądanie, nie tak bliskich widoków z zachwytem:


Po chwili docieramy na Polanę Biała Woda, gdzie zajmujemy jedną z ławek i zarządzamy przerwę.


Po dłuższej chwili ruszamy dalej. Przy wejściu w las słyszymy jakieś pomruki - to rykowisko jeleni. O spotkaniu z jednym zrobiłem osobny wpis.
My wędrujemy dalej, droga wiedzie lasem, ale nieco widoków jest:


Są też te bliższe, w lesie. Ot spotkany punkowy kamień:

W lesie jest zielono. Od mchów, porostów. Natomiast nad rzeką zwracają czerwone kamienie:

Rozglądam też się wokół doliny na skały i góry nad nami:


W oddali widzę, że latają dwa ptaszory. Z ciekawości robię im zdjęcie i w domu powiększając rozpoznaję, że to myszołów włochaty:

Przechodzimy mostek i na kolejnym kończymy nasz marsz w górę. Zrobiliśmy niecałe 7km, może to niewiele, gdzieś pod Niżnymi Zamkami robimy odwrót:

oglądam czerwieniące szczyty:

przez co zostaje za moją grupą, ale dzięki temu w drodze powrotnej spotykam jelenia (opis spotkania):

Doganiam pozostałych na polanie, tym razem odpoczywających w wiatce. Słońce jest już z innej strony, więc można spróbować sfotografować te wyższe szczyty, które dziś były naszym horyzontem.
Brama Mordoru:
Młynarczyk

Młynarz, Wysoka i Rysy tak z grubsza:

Na Rysach nawet widać ludzi:

Po obserwowaniu jeleni, nasłuchiwaniu ich ryków, rozpoczynamy powrót. Tym razem wybieramy drogę przez Osturnię. Droga jest niezwykle malownicza, wieś wygląda bardzo ładnie, ale tym razem się nigdzie nie zatrzymujemy - choć to kolejny rejon dopisany na zaś, który zamierzam odwiedzić.
W Szczawnicy parkujemy w centrum i idziemy na spacer po mieście. Idziemy na Plac Dietla, gdzie wchodzimy do pijalni i kupujemy po kubku wody. 


Potem spóźniona kolacja z przebojami (jeden ze stolików dostał zimne pizze - więc w ramach przeprosin dostajemy po regionalnym piwie i płacimy tylko za napoje, dostając w gratisie zimne jedzenie). 
Potem jeszcze spacer do Parku Dolnego i powrót na kwatery:


Wieczorem znów grill, mięso przegryzane wołowiną z ameryki z colą 😉 oraz znów saunujemy:

W poniedziałek budzi nas deszcz...cóż prognozy tego dnia się lekko mówiąc nie sprawdziły, bo między 9 a 14 miało być okno pogodowe, a był na przemian deszcz i słońce. Do tego temperatura spada poniżej 10ciu stopni. Więc omijamy kościół w Grywałdzie; leje jak cholera, oraz z tego samego powodu Rezerwat Bór na Czerwonym. 
Zwiedzamy za to Zamek w Niedzicy.




Wraz z przewodnikiem, więc trochę człowiek się dowiedział więcej (o ostatnich właścicielach choćby), niż to co wcześniej już wiedziałem.
Oczywiście, mimo zimnego wiatru naoglądaliśmy się również widoków z tarasów:


Zamek w Czorsztynie:

A tu widać, nasz powód, czemu tak mało zdziałaliśmy:

Wał chmur nad Gorcami!
Tego dnia spadł pierwszy śnieg w Tatrach, co dla mnie nie jest zdziwieniem, ale niezmiernie się cieszę, że udało nam się je jeszcze w cieple odwiedzić.

Na koniec obiad w pobliskiej karczmie, w związku z którą mamy uwagi, że w górach zaczyna być drożej niż nad morzem...
A potem już tylko powrót do domu, z ominięciem obwodnicy krakowskiej. I tak oto skończył się nasz super wyjazd.
Dzięki Wam! 😀

Komentarze