Do najstarszych drzew w Beskidach

Na koniec wakacji korzystając z dobrych prognoz stwierdzamy, że jedziemy w góry, na kiełbasę z ogniska.

Ale wpierw trzeba wymyślić, gdzie to pojechać. Padają w mej głowie różne miejsca, ale po kolei je wykreślam, bo już byliśmy/ bo mogą być spore ilości ludziów/ bo za daleko się jedzie. Przewijam mapę i w końcu coś znajduje. Dojazd nie za długi, sama trasa to krótki spacer, jakieś atrakcję są po drodze, oraz jest miejsce na ognisko. Cel jest - to z rana w niedzielę ruszamy.
Droga jest fajna jak tylko szybko uciekamy z A4ki. W większość to wąskie, lokalne drogi. Wiodą nas przez ciekawe miejsca, wzgórza, gęste lasy, oraz ciekawie brzmiące miejscowości jak Stanisław G. i D. ale mają jedną wadę, a raczej bardzo dużo wad. Zakręty. Dużo zakrętów. A wiozę osoby z chorobą lokomocyjną, więc ostatnie końcowe kilometry jadę niezwykle delikatnie. Na szczęście dotarliśmy do parkingu przy drodze.
Parkujemy na przełęczy nad wsią Bieńkówka, skąd ruszymy w naszą pętle. 
Po kilku krokach docieramy do szlaków i teraz będziemy (chwilę) iść Małym Szlakiem Beskidzkim.
Jesteśmy w Beskidzie Makowskim, w paśmie Babicy. Z różnych opisów te okolice są pozbawione widoków, góry te słyną z szlaków wiodących po asfalcie, gdzie domostwa dochodzę pod same górne rejony. Wchodzimy więc w las, którym idziemy kilka minut i mijamy pierwszą polankę, rzeczywiście widoku żadnego z niej nie ma, ale widoki są nieco dalej, z przerwy między drzewami, a jeszcze lepsze z kolejne polany, na środku której stoi sobie ławeczka. Można usiąść i podziwiać: 

Polica, Babia Góra i Pilsko są nieco dalej, wyrastają nad bliższymi górami, grzbietem pasma Koskowej Góry. Bliżej nas, po drugiej stronie doliny widoczna jest właśnie ona - Koskowa Góra. Całkiem fajny szczyt, choć leżący nieco z boku szlaku, bo ten wiedzie drogą przez przysiółek. Bardziej znana jest kapliczka stojąca przy drodze niedaleko:
pod Koskową Górą, kwiecień 2018 roku

Relacja z wycieczki na Koskową Górę jest pierwszą, którą spisałem na blogu.  
Koskowa Góra oglądana spod Babicy Zachodniej:

W kolejnym małym lasku mijamy oznaczenie szczytu - Babica Zachodnia, wraz z odbiciem szlaku do Kacwinu. Jest to ciekawy temat szlaku...
Na następnej polance stoi wiata. Z kilku relacji znałem to miejsce i chciałem się przekonać czy nada się pod biwak. To wiata typu dwie zadaszone ławy ze stołem - na nim i ewentualnie na hamaku powieszonym wyżej można przenocować. Za wiatą miejsce na ognisko:

Z mapy wynika, że takich wiatek jest tu w okolicy kilka. Wada - brak wody. 
Tu docieramy do miejsca zmiany kierunku, schodzimy czarnym szlakiem ku tytułowych atrakcji. Do Cisów Raciborskich. 
W lesie szlak dość szybko zaczyna stromo opadać w dolinę. Zgubić się tu to sztuka, bo namalowany szlak jest co kilka drzew.
Pada pytanie, kluczowe - czy tędy będziemy wracać?

Odpowiadam nie...choć pod przełęcz gdzie stoi auto też trzeba będzie podejść i zapewne (o tak) będzie to podobne nachylenie.
Tu jedyne co wkurza, to odgłos quadów czy innego dziadostwa ujeżdżającego po lasach...
W dość ciemnym lesie dostrzegamy niebieskie kwiaty:

Zejście jest szybkie, więc po chwili wychodzimy na łąki. Ładne!

Jak na góry bez widoków to całkiem nieźle tu jest.
Widać nasz cel następny po cisach - Krowią Górę:

Oraz zarośnięte Jaworze:

W oddali widzimy zabudowania. Stoi ładny dom, ze stodołą, którą rozdziela droga, którą idziemy. I to na stodole wisi tabliczka wskazująca pomniki przyrody, wspomniane Cisy.  

Czy to są najstarsze drzewa w Beskidach? Ile mają lat?

Stoją tu dwa cisy, jeden ogrodzony, drugie drzewo stoi na wolności. Widzimy na jego gałęziach, że ma owoce. To ileż to może mieć lat? Z tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że przed wojną szacowano ich wiek na ok 2000 i 1200 lat (to ogrodzone), jednak z badań dendrochronologicznych w 1998 roku wyszło, że to starsze drzewo ma niecałe 700 lat, drugie zaś szacują na między 600 a 1000 lat
Większe drzewo, o wysokości 15metrów i obwodzie 3 metrów to okaz żeński, drugie to okaz męski.
Nazwano je na cześć profesora Mariana Raciborskiego, polskiego botanika, który ponoć je odkrył (nie jest to prawda). W tej okolicy rośnie jeszcze kilka innych cisów, młodszych.
 
Docieramy do dna doliny, nad potok Harbutówka. Schodząc minęliśmy drewnianą willę, opisaną jako Willę prof. M. Raciborskiego, oraz drogowskaz, który kieruje do pomników - ma fajnie określoną odległość 😁

Chwilę później przekraczamy mostek i rozpoczyna się ta mniej przyjemna część wędrówki - podejście. 
Wpierw mijamy drogę, którą przyjechaliśmy (a nawet myślałem aby rozpocząć stąd nasz spacer) i po chwili robi się stromo. Ano dlatego, bo żeśmy zeszli ze szlaku i na krechę na wprost pod zbocze zaczęli leźć...😁 poniżej miejsce, gdzie powinniśmy skręcić przed znakiem w lewo, a my poszliśmy na wprost, stromizna na zdjęciu oczywiście nie wydaje się taka straszna:

Cofamy się, bo aby dojść do szlaku, trzeba by wejść w młodnik. I całe szczęście, bo po chwili teren robi się podmokły. Zaczyna się marudzenie na kolejne warunki. 
Na szczęście szybko dochodzimy do przysiółka, gdzie mamy nieco lżejszy kawałek po płaskim. 
Są stąd całkiem ładne widoki na Pasmo Babicy:

Mijamy stodołę, zarośniętą ruinę i domostwo - okazuję, się, że obok niego stoi zabytkowa drewniana remiza strażacka, dziś już nie ma do niej dostępu. Kiedyś było tu się ciężko dostać, stąd strażacy zbudowali na swój sprzęt remizę. Przez krzaki nie dostrzegliśmy jej (na zdjęciu poniżej powinna być z lewej).

I znów trzeba podchodzić do góry, znów jest marudzenie. Jednak zaraz po wejściu w las, słyszymy muzykę, ktoś gra na akordeonie. Z jakiegoś domu ta muzyka dobiega? No nie, głos idzie z lasu, znad zabudowy. Po chwili widzimy drewnianą chatkę, pod którą siedzi na ławce pan i to on gra. Gdy nas widzi macha na nas, ewidentnie zapraszając nas do siebie. Spoglądamy na siebie i podchodzimy z zaciekawieniem. Pan nas wita, przedstawia się, opowiada swoją historię, w którą wplata swoją mocną religijność. Po chwili, mówi, chodźcie, pokaże wam coś. Zaprasza do wnętrza chatynki. Budynek sam od lat budował. Chatka zawiera sporo drewnianych ołtarzyków - widać, że pan Jan jest mocno wierzący. Wszystko wykonane jest jego własnymi rękoma. Spora część się otwiera, są ruchome, niesamowite, że ten pan to wszystko sam stworzył!
Dostaję pozwolenie na sfotografowanie wnętrza, chatki i pana:


Potem pokazuje nas zeszyt, który pełno jest różnych zapisków. Na koniec żona wpisuje od nas błogosławieństwo i po chwili się żegnamy. Pan siada, a my ruszamy w górę.

Idziemy leśną drogą, powyżej której widać pustkę. Mówię, że zawsze mnie interesuje co tam może być. Czy będzie widok, czy też dalej las, stok... Dziewczyny mówią - idź sprawdź - no to idę. 
Tym razem są tu widoki. 
Na północ i na północny wschód - tu widać Kozią Górę i Pasmo Barnasiówki na Pogórzu Wielickim: 

Ruszam brzegiem lasu do góry, skąd docieram do tej leśnej drogi, którą wiedzie szlak i po chwili widzę moje dziewczyny. Córa się dziwi, skąd ja się tu wziąłem 😁 przecież polazłem w bok, a czekam z przodu... Mijamy kapliczkę, w której jest otwierana kapliczka. Zarówno wygląd, materiał jak i charakter pisma mocno wskazuje, że to dzieło pana Jana.

Jesteśmy już niedaleko szczytu. Idzie się tu już bardzo przyjemnie, no ale zrobiło się płasko. Teraz pozostało nam dojść na szczyt Krowiej Góry, która jest już tuż tuż. Kolejna mijana widokowa polana:

I w końcu jest - Krowia Góra -, 617 m npm. Niezbyt imponująca wysokość, ale tu najważniejsza jest wiata gdzie zamierzamy odpocząć, zrobić ognisko i upiec kiełbasy. 
Niestety wiata jest zajęta - to całkiem spora wiata, a jedna ekipa sobie ją zawłaszczyła. Stoi motor, oraz w krzakach poniżej auto. Oczywiście nawet nie pomyśleli o zrobieniu miejsca i inna rodzina musiała rozłożyć się w małym zagajniku. Nieładnie...

Smażyć się na słońcu nie mamy zamiaru. Ruszamy więc dalej. Do auta mamy pół godziny, rzucam, że możemy podejść te kilka minut dalej do tej mijanej z rana wiaty pod Babicą, ale po chwili skręcam z drogi na kolejną polanę. Na skraju lasu jest ławka - więc wołam dziewczyny - tu robimy nasz popas. Miejsce się bardzo podoba. Mamy bardzo ładny widok.
Na leśnej drodze odgarniam liście z igłami, z zebranych kamieni robimy okrąg, w którym rozpalamy małe ognisko. Pojawia się kiełbasa, mój czajniczek ma też chrzest na ognisku:



Odpoczywamy, najadamy się, pijemy pyszną herbatę (finalnie na gazie gotuje wodę). 
Potem dogaszam ogień, żar zasypuję piachem. Patyki i kamienie rozrzucam i po chwili praktycznie nie ma śladu po naszej obecności
Jeszcze tylko zdjęcie od żony:
😂😂😂😂 

i się zbieramy. 
Docieramy do asfaltu. Tu końcówka to na prawdę mocno się wspina, więc proponuję, że szybko podejdę po auto i wrócę tu po dziewczyny. Przystają na to, więc ruszam szybkim krokiem po auto. Ostatnie widoki:

i wchodzę w las, tu tak jak wcześniej się spodziewałem, muszę mocno się na koniec napocić, podchodząc na górę:

Podczas jednej z chwil na odsapnięcie spotykam żubryka (nasza własna nazwa):

po czym ruszam w kierunku samochodu. Mijają mnie jeszcze quad i crossy (wrrrr), a ja docieram do auta.
 
Wracamy do domu inną drogą - na główniejsze drogi żeby ominąć zakręty. Przed kolacją jesteśmy w domu.
tradycja

Cała trasa to ok 7km, z 300 metrówymi podejściami. Bardzo przyjemne miejsca, z małą ilością ludzi.
U mnie nastąpił też przełom. Lustrzanka została świadomie w domu, a ja zabrałem swojego małego wariata. Czy było mi brak? Nieeee...tą lekkość i małe gabaryty coraz bardziej doceniam (na zdjęciu wyżej).

Beskid Makowski, pasmo, które średnio lubiłem...a zaczynam jednak zmieniać zdanie. Na pewno doceniam jego mniejszą popularność.

Więc...do następnego szlaku! 

Komentarze