Góry Białozłote czyli jesienne Góry Złote przykryte białym puchem.

Wychodziłem z domu, z nastawieniem wycieczki w mgliste Beskidy, a pojechaliśmy w...Sudety.
Czemuż to tak? To dalej w relacji opiszę. Albo nie - od razu powiem, że to przez pogodę...
Na listopad miałem zaplanowane odwiedziny w Beskidzie Niskim lub Sądeckim (albo tu i tu), bo rok temu kolega z forum zachwalał (Sebastian z sebastianslota.blogspot.com), że tam jeszcze można było spotkać kolorowe lasy.  
W październiku jedynie udało się obejrzeć gór z dołu, w trakcie krótkiego wyjazdu rodzinnego. Który co prawda był w Gorcach, ale był to wyjazd nastawiony na wypoczynek, więc jesień oglądaliśmy zza okien samochodu, czy też spacerując po płaskim. 
Gorce i Beskid Wyspowy wyglądał tak:

Tatry z Łapszanki:

A lasy Beskidu Sądeckiego tak:

Dlatego, też byłem mocno zawiedziony, że gdy przyszło wolne, to (oczywiście) pogoda się...popsuła. Wschód kraju miał być deszczowy, więc zaczynam (tradycyjnie) szukać jakiegoś okna pogodowego.
Takie okno prognozy wskazały na niedzielę, jednak już w przeddzień wyjazdu pogoda się wszędzie popsuła - miało być zimno, a chmury miały podjąć walkę z mgłami, by o słońcu nawet nie wspominać. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zerknął na Sudety, ooo i tam ma być lepiej. Więc mimo, że umawiamy się na Beskidy (bo bliżej, więc nie będzie żal szybciej wrócić), to rzucam propozycją sudecką ale kładąc się spać, mam wbitą w głowie trasę w Beskidzie Śląskim, rejon w którym jeszcze nie byłem.
Gdy więc rano wsiadam do auta i na pytanie gdzie jedziemy odpowiadam, no w Beskidy, to widzę zdziwienie i słyszę - myślałem, że w Sudety, bo tam ma być ładniej. Więc szybka zmiana, tradycyjna kawa i mkniemy deszczową autobaną na zachód. Za Gliwicami robi się sucho, pierwsze góry widzimy jednak dopiero przed Nysą (a nie z Góry Świętej Anny). I są one...pobielone! 
 tradycyjne miejsce przerwy

W Złotym Stoku odbijamy z głównej trasy - mamy kwadrans do celu, piękną, krętą drogą. Czyli do wsi Orłowiec (niem. Schönau bei Bad Landeck), o której pierwsze wzmianki pochodzą z 1346 roku. Kiedyś żyło w niej kilkuset mieszkańców, obecnie żyje tu kilkadziesiąt osób. Nazwa pochodzi od niemieckich słów "ouwe”, „aue” czyli łąka i "schon" czyli piękny, piękna, co można przetłumaczyć na Piękna Łąka i zostaje...Orłowiec - prawda, że trafne nadanie polskiej nazwy? 🙈

Mijając pierwsze zakręty widzimy, że niżej królują jesienne barwy, ze sporą ilością opadłych złotych liści jednak szybko pojawia się śnieg a temperatura gwałtownie spada:

Na szczęście na drodze śniegu było niewiele, więc spokojnie zjeżdżamy do wsi, mijając przy wjeździe dom góralski, w stylu zakopiańskim ( 🙈 ), po drugiej stronie jakieś ruiny (ech to ruiny pałacu...), by zaparkować obok kościoła. Wieś i okoliczne wzgórza pokryte są śniegiem, co mnie zaskoczyło, bo tak nisko śniegu się nie spodziewałem, w tym okresie.
barokowy kościół z XVI wieku, przebudowany w XVIII

Mijamy kilka domostw, a przy niedokończonym hotelu/pensjonacie spotykamy owce, które na nasz widok wracają na swoje pastwisko. Nad białymi polami widzimy kolorowy las:

Nieco wyżej, spod lasu możemy spojrzeć za siebie, na wieś i przyznam się, że było to dla mnie coś nowego; jeszcze nie widziałem kolorowych drzew przyprószonych śniegiem:

Mimo chłodu jest nam ciepło, bo szlak nas mocno rozgrzewa, bo szybko nabieramy wysokości. Z drugiej strony jest mokro, oprócz ciapy pod nogami, leci nam na głowy woda i nawet przez chwilę myśleliśmy, że to deszcz, a to tylko kapie roztapiający się śnieg.
Jest kolorowo:

choć widoków na razie nie mamy. Chmury wokół nas raz zakrywają okolicę, by już po chwili nieco jej odkryć: 

Nagle wśród ciszy słyszymy auta i dopiero po chwili we mgle dostrzegamy szosę, którą tu przyjechaliśmy. 
Śnieg ma dziś jedną zaletę - przykrył efekt wycinki jaka tu była, choć i tak jest tu lekko posępnie - sterczą kikuty drzew co na tle mgły, daje nieco mroczny efekt, który potęguje jeszcze krakanie kruków latających nad nami:

Chcąc zrobić zdjęcie drzewa z kolorowymi liśćmi wywracam się - pierwszy orzeł zimą wykonany 😂. 
Tymczasem minęliśmy wiatę nad Przełęczą Jaworową i rozpoczynamy podejście na pierwszą górę z dzisiejszej trasy. Tu pierwszy raz się (na krótko) gubimy zagadani (oczywiście o pogodzie 😉) po czym wkraczamy w...bajkowy las. Tu zaczyna walkę wygrywać zima:

choć to nie tak, że ona już wygrała, bo śnieg leży tylko na drzewach ale wygląda to pięknie, świątecznie można rzec:


I w końcu jest - platforma widokowa na Jaworniku Wielkim:

z niesamowitym widokiem na...chmury. Pierwszy szczyt zdobyty!
Czyżby miała się powtórzyć sytuacja z lutego, gdy liczyliśmy widoki, a skończyło się bez nich? 
Stwierdzamy, że przeczekamy to zabierając się za kanapki. Po chwili dotychczasową pustkę szlakową zakłóciło dwóch rowerzystów, którzy dotarli na szczyt, więc po zaspokojeniu głodu, oraz braku zmian z okna tarasowego zbieramy się do dalszej wędrówki. Przed wyruszeniem mam wrażenie, że się przejaśnia ale choć zrobiło się jaśniej, to widoki dalej tak się prezentowały:

Ładnie prawda? 😂
Schodząc oczywiście omijamy odejście żółtego szlaku, więc znów kilka metrów musimy się cofnąć i rozpoczynamy ekstremalne zejście. Żartuje, ale jest to bardziej zjazd - śnieg, liście i błoto więc co chwila następuje póki co kontrolowane uślizgi, aż w końcu trafia znów na mnie. Wywijam drugiego orła, przywalam w ziemię aż jęknęła - to znaczy ja 😉, oraz aparat i torba od aparatu. Praktycznie do samej granicy schodzimy powoli, uważając by więcej wywrotek już nie było. 
Im niżej jesteśmy, tym wokół robi się coraz bardziej widokowo, więc żartuje, że wracamy na wieżę, jednak rzut oka do góry mówi nam, że Jawornik dalej w chmurze siedzi. Za to między drzewami widzimy nieco więcej za lasem.
Przy granicy widzimy całkiem fajne skałki. Na pierwszą wchodzimy i robimy zdjęcia okolicy. Widać nasz cel i nie ukrywam, że Borówkowa Góra robi wrażenie:

to kawał góry! Wyciągam telezooma i już chyba wiem, skąd był trzask przy upadku. Chyba obiektyw oberwał, bo nie działa autofokus...na szczęście aparat żyje, nie ma to jak pancerny Pentaks. Mimo wszystko trochę jestem załamany...
Wspólne zdjęcie i ruszamy dalej. Chwilę pod górę, by następnie rozpocząć zejście na Przełęcz Różaniec, która jest o prawie 400metrów niżej od Jawornika... Im jesteśmy niżej, tym przyroda przypomina, że jest jesień.

Na przełęczy pachnie lasem, czyli żywicą (to pachną ścięte drzewa leżące niżej w stronę wsi), stoją stare pozostałości po ogrodzeniu jakie tu było (zapewne - bo widać słup takie na których się wiesza drut kolczasty) gdy granicy nie można było przekraczać, albo z okresu gdy stworzono tu przejście graniczne. 
Teraz czas na podejście i początek daje nam popalić. Jest konkretnie, ale dość krótko, do tego są tu naturalne schody:

Po pierwszym ostrym kawałku dalej szlak ciągle się pnie, ale idzie się już nieco lżej. Gdzieś w okolicy Krowiej Góry Małej pojawia się znów śnieg, ja gdzieś tu buty mam już całkowicie przemoczone, ale nic dziwnego, z drzew cały czas leci woda, na ścieżkach kałuże:

przy okazji, podczas zdobywania Krowiej Góry Wielkiej wychodzi słońce, dzięki czemu możemy obserwować leśne lasery:

Gdy czekam na Marka, sprawdzam raz jeszcze obiektyw tele i okazuje się, że...działa AF! Z ulgą więc korzystam z długiego zooma:

Teren się lekko wypłaszcza, ale wiem, że jeszcze prawie sto metrów musimy podejść, więc gdy po krótkim acz nieco upierdliwym podchodzeniu Marek wskazuje cel:

to jestem zdziwiony, że tak szybko poszło. Ale Borówkowa mówi: Hola, hola, że jeszcze trochę się pomęczycie, wpierw upierdliwa "polana" czy raczej pobojowisko po ściętym lesie trzeba pokonać i dopiero podejście pod kopułę szczytową, pokrytą lasem oznacza, że cel jest blisko. 
Jedyny plus, tej masakry to widoki. To chyba Ptasznik, czyli widok na zachód:

A tu widać zamek w Kamieńcu Ząbkowickim :

Widać też Jawornik Wielki (w końcu bez chmur), oraz jakieś szczyty za nim. Idąc zastanawiam się, czy to jeszcze są Góry Złote, czy już Góry Bardzkie...o ile z początku na nie stawiałem (GB), to po chwili mam mieszane uczucia - dziś przeglądając zdjęcie, widzę wieżę na Kłodzkiej Górze, więc pierwsza myśl była trafna.
Pozostało przejść kilka kroków przez bajkowo-zimowy las i docieramy w końcu pod wieżę - nawet to podejście dość sprawnie nam poszło:

i czuje niedosyt. Wieża zamknięta. Nieco zawiedziony obchodzę polanę i po chwili szukam suchej ławki. Z niej ustawiam aparat i robię zdjęcie próbne wołając Marka do wspólnego zdjęcia:

gdy słyszę jak Marek woła, że ma dobre wieści. Wieża okazuje się otwarta, zamknięty jest budynek przed wieżą (kaplica?). Więc zostaje zdjęcie z uciętymi nogami a ja zbieram rzeczy i włazimy na górę. A z niej mamy całkiem fajowe widoki.

Nad górą Jelen widać tafle zbiorników na Nysie Kłodzkiej (Zbiornik Topola i Zalew Paczkowski):

Jezioro Otmuchowskie ledwo "wystaje" za drzewami porastającymi grzbiet odchodzący w kierunku północno-wschodnim:

Bardziej na południe, w kierunku południowo-wschodnim widać obniżenie Przełęczy Lądeckiej (pod zabieloną polaną), za którą dalej ciągną się Góry Złote, zamknięte Wysokim Jesionikiem (Pradziad w chmurach niewidoczny): 

Widoki na południe, w stronę Śnieżnika są pod mocne słońce, do tego z mocnym zachmurzeniem, ale widzę że światło robi tam ciekawe rzeczy, więc zmieniam obiektyw na dłuższego zooma i podglądam ten spektakl:


Jawornik Wysoki z Górami Bardzkimi po prawej w zabawie cieni:

Marek robi mi zdjęcie:
groźny Wiktor 😂

I schodzimy, by zjeść kanapki, popić herbatą i ruszyć w powrotną drogę, bo przemoczone stopy zaczynają konkretnie marznąć. Zejście idzie nam sprawnie. Mijamy pobojowisko pod szczytem, z fajową skałką:

pokonujemy przeszkody w postaci ściętych gałęzi, podziwiamy podświetlony las przez coraz niżej świecące słońce i z Przełęczy Różaniec idziemy do wsi. 


Do wsi, która jest o dosłownie 3 minuty od przełęczy. Mijamy budynki wybudowane dla straży granicznej w latach 20tych XX wieku (w latach 70 i 80tych ośrodek wypoczynkowy kopalni), dziś podobno na sprzedaż:

potem nowoczesny domek:

kolejny dom z serii zakopiańskim, poniżej którego stoi dom w stylu, który mi się kojarzy z tą częścią dolnego śląska:

i drogą w świetle zachodzącego słońca

dochodzimy do auta i wracamy do domu...stop! A nie. To jeszcze nie koniec wycieczki!
Mijając dom sołtysa widzimy za nim ledwo wystający zza drzew jakiś ciekawy obiekt:


Zaciekawieni, co też to mogło być idziemy pod wejście:

I gdy robię zdjęcia, słyszę, żeby właśnie robić zdjęcia. Zdziwiony odwracam się, z domu obok wyszedł do nas pan i to on mówi, że nie tylko trzeba robić zdjęcia z zewnątrz, ale nawet żeby wejść do środka i zobaczyć jak dziś wygląda ten dawny ośrodek wypoczynkowy. Żeby pozostał jakiś ślad, bo budynki coraz bardziej niszczeje.
Ponoć część od strony ulicy została wybudowana za "Hitlera" jak to twierdzi nasz rozmówca, a resztę dobudowano w latach powojennych. Mając pozwolenie na wejście - idziemy zwiedzać!

Wita nas bałagan, katastrofa...woda kapie z sufitów, na podłogach stoją kałuże...






Mimo zaniedbań, widać, że budynek był kiedyś piękny...
W domu doczytałem, że to dawny Ośrodek Wczasowo-Profilaktyczny "Orlik", wybudowany w połowie lat 70tych ubiegłego wieku. Nie ma nic wspomnianego o tym by była to budowla przedwojenna...więcej tu i tu. Po wyjściu ślicznie dziękujemy za zaproszenie na małe co nieco i po krótkiej rozmowie, co to za budynek, kto był w jego posiadaniu ruszamy do samochodu.

Na koniec wspólne zdjęcie:

i świetle zachodzącego słońca zza górami:

ruszamy do domu.

Odwiedziłem kolejne niesamowite miejsce, choć na zdjęciach z map wyglądało ono ciekawiej (stary, dziurawy asfalt - dziś nówka), to i tak kolejny rejon wskakuje do listy miejsc wartych ponownych odwiedzin.

Mapa trasy podczas, której zrobiliśmy ok 14km i prawie 700metrów przewyższeń.
Dzięki Marku za przekonanie by pojechać za słońcem!

Komentarze

  1. Trasa jest mnie znana. Pokój z telewizorem działa na wyobraźnię :)), szkoda lokalu. Też miałem zamiar udać się w Góry Złote, ale poddałem się ze względu na pogodę. Trafiłeś nawet nieźle z pogodą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło, że o mnie wspominasz ;) Trasa chyba w sam raz na niepogodę, jak ktoś lubi las. Mgły i chmury dodają tylko tajemniczości. Końcówka relacji (zdjęcia z ośrodka) niczym z "Jabolowej Ballady"".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też o bubie pomyślałem wchodząc do tego ośrodka.
      Ja lubię las, a dzięki tej pogodzie, wiem, że następna wycieczka w tamtym rejonie będzie już inną trasą poprowadzona, tak na prawdę przez krótki dzień/przemoczone buty/śnieg, trasę w połowie przerwaliśmy. Więc została jeszcze druga połowa :)

      Usuń
  3. Ojej... Borówkowa Góra - to miejsce w moim serduszku jest szczególne. To właśnie na tym szczycie dopadł mnie po raz pierwszy atak ostrej rwy kulszowej, który później, po paru miesiącach przeobraził się w przewlekłą przepuklinę krążka kręgowego. Na szczęście udało mi się wyjść z choroby (brak odczuć bólowych) choć wiem, że do końca życia będę mieć predyspozycje. Od tamtego, strasznego dnia, nigdy później nie powróciłam na Borówkową Górę. Ale przymierzam się, w wersji rowerowej. Ciekawa jestem jaka będzie zima w tym nadchodzącym sezonie... Fajnie, że zawitałeś w Sudety. Masz jeszcze jakieś szczególne miejscówki na uwadze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspomnienia kiepskie, to fakt.
      Zimy sam jestem ciekaw, choć nie ukrywam, że nie jest to moja ulubiona pora roku, choć póki jest śnieżna to ją lubię ;)
      Pytanie masz do miejsc w Sudetach? Rejon Złotych - Śnieżnika mnie interesuje. Bystrzyckie i Izery to na pewno (byłem - bardzo się spodobało). A poza tym powoli sobie odwiedzam poszczególne pasma górskie, tak by móc kiedyś powiedzieć, że w każdych polskich górach byłem, te lubię, podobają mi się, a te nie... ;)
      W Karpatach mam już praktycznie odwiedzoną większość (pozostało jedno pasmo), więcej mam do odwiedzenia w Sudetach - Rudawy, Kamienne, Kaczawskie i Masyw Ślęży i powrót w Orlickie, które dosłownie liznąłem w okolicy Zieleńca. Czy się uda i kiedy to zobaczę, ale na dziś nie mam żadnych konkretnych planów.

      Usuń
  4. Podoba mi się ten jesienny klimat z świeżym śniegiem na drzewach. Wygląda to zawsze bardzo ładnie.

    Borówkowa jest bardzo fajnym miejscem na biwak, szczególnie chyba zimą ma "to coś" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem wyglądało extra. Choć stopy nieco inne miały zdanie ;)
      hmmm zimowy biwak...najpierw muszę jesienno-wiosenne zacząć :)))

      Usuń
    2. Wiosna coraz bliżej, a patrząc po obecnych warunkach, to i zimy coraz mniej ;) Ale masz rację, od zimowego biwaku nie ma co zaczynać, lepiej małe stopniowo małe kroczki :)

      Usuń
  5. Piękne zdjecia przyrody, też bardzo lubie wyprawy w gory. A jesienią to chyba najbardziej, ze względu na kolory przyrody. Chyba mieliście ciekawa wycieczkę patrząc na zdjęcia opuszczonego budynku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było fajnie. Pogoda nam zrobiła miksa, a opuszczony dom był na deser ;)

      Usuń

Prześlij komentarz