Na Orawie, między Babią a Tatrami.

Kolorowa jesień za nami. Niestety, ale nigdzie nie udało mi się pojechać w październiku, więc tym większe miałem nadzieję, na tę wycieczkę, że jeszcze coś z jesiennych barw obejrzę...
W tym roku jak wiadomo rządzi wirus. Jesienią kolejny raz mi pozmieniał plany, przez co w październiku nie udało mi się pojechać w góry w poszukiwaniu barw jesiennych; październik spędziłem na przymusowym pobycie w domu.
Więc zaraz po tym, gdy już mogłem wyjść z domu, korzystam z dobrych prognoz na niedzielę i ruszam w góry. Cel - pójść w takie miejsce, gdzie spotkam jak najmniej ludzi. I w ten sposób jadę, tam, gdzie planowałem pojechać w marcu. 
Od początku tygodnia obserwuje prognozy, zarazem czytając co też zrobi rząd, co pozamyka. Na szczęście zakazu przemieszczania nie ma, na sobotę i niedziele prognozy bardzo dobre, więc teraz tylko wybór, gdzie jechać. 
Jak wspomniałem celem jest pustka na szlaku, więc wracam do tego, co lubię najbardziej. Do odwiedzania mało znanych miejsc. Niby decyzja była podjęta na przejście szlaku granicznego w kierunku Babiej Góry i powrót szlakiem zielonym, ale gdy w pewnym momencie prognozy pokazały mgły, pomyślałem o innym miejscu, również mało znane rejony Beskidu Żywieckiego, ale z możliwością wejścia nad mgły, albo (ta trasa w części się miała pokrywać z wersją drugą i najszybciej została porzucona) o dokończenie pętli ze wsi Podwilk, czyli rejony, które odwiedziłem rok temu na wiosnę ( link ). Od czwartku śledzę prognozy pod kątem, czy będą z rana mgły.
W niedzielę budzę się przed czwartą, zjadam śniadanie i ruszam. Do Wadowic jadę we mgle, co rusz ziewając. Coraz gorzej mi przychodzi jazda o tak wczesnych godzinach. Mijam jezioro Mucharskie, gdy słońce zaczyna podświetlać otaczające od wschodu szczyty. Przez moment się zastanawiam, czy się nie zatrzymać, by zrobić tu zdjęcie, ale podejmuje decyzję, by jechać dalej. A wyglądało to bardzo podobnie jak na tym zdjęciu, gdy z żoną szliśmy znad jeziora na Leskowiec:

Przemykam przez Suchą Beskidzką, Maków Podhalański i zjeżdżam z głównej drogi. Teraz jestem ciekaw, czy dobrze zdecydowałem. Mijam Sidzinę, przejeżdżam przez przełęcz Zubrzycką, czyli rejon, gdzie właśnie planowałem się poszwendać (opcja nr 2). Zjeżdżając do Zubrzycy Wielkiej, widzę Tatry. Oho, zapowiada się świetnie. Szkoda tylko, że jestem tak późno. Tu staję po raz pierwszy. Robię zdjęcia i ruszam dalej. Kolejny raz zatrzymuję się przed Jabłonką, za mną widzę Babią Górę, a przede mną Tatry nad morzem mgieł.
Widok znad Zubrzycy Wielkiej.

Przed Jabłonką, widać kościół na wzgórzu.

Ziąb wygania mnie szybko do ciepłego auta. Ruszam. Dojeżdżając do 7mki, oglądam niesamowitą scenę; kościół na wzgórzu ma tak podświetlone okna, że wygląda jakby patrzył na mnie, a oczy (okna) jarzą się pomarańczowym światłem. Dość upiornie 😉
Mijam Jabłonkę, sporą wieś i w końcu parkuje auto pod przedszkolem/strażą pożarną w Lipnicy Wielkiej. 
Wiadomo, wybrałem opcję nr 1, teraz tylko zastanawiam się jak ruszyć. Wpierw żółtym szlakiem i powrót zielonym nad Lipnicą Wielką, czy na odwrót. Słońce już mocno świeci na niebie, więc decyzja jedna - ruszam żółtym, wrócę zielonym, z którego domyślam się, że będą fajne widoki na Tatry, więc nie ma sensu teraz iść i robić zdjęcia pod słońce.
Szybko się ubieram, bo jest dalej zimno, dokładnie zero stopni i ruszam mijając pod kościołem pomnik żołnierzy radziecki poległych w walkach z Niemcami w 1945r. Że też jeszcze się ostał...
(Nie)robię sobie zdjęcia tradycyjnego, bo lustro drogowe jest zamrożone 😉, jednak by tradycji stało się zadość, zdjęcie jest:

Teraz czeka mnie czterokilometrowy marsz drogą ku granicy. Słońce już mocno świeci i ogrzewa zmrożone trawy. Zanim dojdę do początku szlaku, część szronu już się rozpuści, tymczasem jednak mróz jeszcze trzyma.

Na niektórych drzewach, oraz krzakach widać kolory jesienne, to super, bo u mnie w mieście, tydzień wcześniej oglądałem jak w ciągu dwóch dni, drzewa straciły liście i straszą już gołymi  gałęziami.

Mijam na drzewie żółtą kulę, znak początku/końca szlaku. Przechodzę obok schronisko dla bezdomnych, gdzie obszczekują mnie psy i w końcu wchodzę na szlak. Przy żółtym kółku jestem 8.05 (o 7start z auta). Tu jeszcze w cieniu widać zmrożone trawy, w słońcu zaczyna być ciepło.
Póki co lasu tu niewiele, z polan widoki od Magury Orawskiej, po czubek Diablaka, który zza drzew się wyłania. 
Początek szlaku wiedzie szutrową drogą, którą przechodzimy przez Polanę Zagrzebniowską, do Polany Piaskowej, na której stoi nowa wieża widokowa. Są tu też, pastwiska owiec, po których zostały ślady i zapach, gdyż zwierząt tu nie ma. Stoi stara przyczepa kempingowa, pomalowana na ciemno zielony kolor, której pilnuje pies. Oczywiście najpierw robię zdjęcia z wieży, a potem na ławce zjadam pierwsze śniadanie na szlaku.
Wieża na polanie Marysinej (Piaskowej).

Widoczny Szczyt Babiej Góry - Diablak. Zdjęcia w stronę Tatr, są pod słońce, więc...
...zdjęcie z drogi, wieża po prawej stronie.

Mijam nową drewnianą bacówkę na skraju polany, z pod której rozciąga się przepiękny widok na Tatry i krótkim spacerem docieram na skraj kolejnej polany, Styrułowej, na której ma być bacówka, której reklama i kierunkowskaz był przy drodze. Tu też było pierwsze bardziej wymagające podejście. Choć krótkie, więc, tylko dyszę. 
Bacówka widoczna jest z drogi, skrajem polany wiedzie granica i odtąd szlak będzie biegł po granicy.

Krowa się pasie powyżej bacówki, niżej zdjęcie szlaku.

Szlak powoli się wspina, a ja czuję, że trzy tygodnie w domu zrobiły swoje. Jestem bez formy...w końcu się dowlekam na najwyższy szczyt, jaki dziś zdobędę. Całe 801 metrów. Krzywań. No dobra koniec śmiechu, trzeba zejść i to dość ostro w dół. Pojawia się tu błoto, póki co jeszcze niewiele, choć uważać trzeba by nie pojechać. Słońce mocno świeci, obok ciemnieje czerń lasu, pięknie jest. Nachodzą mnie myśli, czy można tu spotkać niedźwiedzia...r
Niestety dochodzą tu drogi leśne, którymi widać, że jeżdżą tu różne pojazdy, więc błota jest coraz więcej. Trzeba pokonać krótkie podejście i teraz czeka znów zejście, tu o mało co a bym wywinął orła.
Wychodzę na polanę, rozległą. Widać kawałek starego płotka, kiedyś były tu wypasane bydło, dziś powoli to zarasta. 
Robię małą przerwę i wypuszczam drona na zwiad:
Panorama Orawy.

Widok na najwyższy szczyt Beskidy Żywieckiego - Diablak w paśmie Babiej Góry.

Po chwili ruszam dalej. Przeskakuje potok i leniwie się wspinam. Na podejściu pod Chechronowską Grapę na błotnistej ścieżce spotykam ślady psa? wilka? Po chwili znajduje czaszkę i trochę mięsa mocno zgnitego, oraz kawałki sierści obok. Już wiem, że to był trop wilka.


Od zachodu rozciągają się łąki nad słowackimi przysiółkami, widać Pilsko. Od wschodu porasta tu rzadki las, z gdzieniegdzie dzikimi drzewami owocowymi, zapewne dawniej były tu domostwa (to tylko moje domysły), które zostały opuszczone, gdy przedzielono tereny te granicą. W skrócie, do 1918roku tereny te należały do Królestwa Węgier, dopiero po I Wojnie Św. zostały przedzielone. 
Idę po jakby gąbce, do tego mokrej. Średnio wygodne to. Mijam niewielkie podejście na wzniesienie Gajka, kolejna łąka przede mną, oraz najwyższy szczyt na szlaku:
Widok za mną.
Wajdów Groń. To już 928metrów, a za nim Babia Góra.

Schodząc na łąki, płosze dwie sarny z gąszcza krzaków. Na mapie widziałem drogę docierającą tu z Lipnicy, po chwili widzę jak nią idą młodzi rodzice z wózkiem. Dochodzę do niej, stoi tu ławka, która oplata taśma żółto-czarna, zapewne parę miesięcy temu zagradzała tu przejście między krajami, gdy na wiosnę przez pandemię część krajów zamykała granicę. Siadam na niej i zjadam kolejny posiłek, patrząc na mapę...i na zegarek. Pierwotnie miałem wejść na Wajdów Groń i szlakiem rowerowym zejść do wsi. Ale mam ponad godzinę obsuwy, oraz brak sił, a widać, że podejście będzie najostrzejsze. 
Odpuszczam, bo i tak musiałbym się nieco cofnąć. Schodzę do wsi, gdzie skręcam na północ by za przystankiem zejść na wschód. Na mapy.cz jest ścieżka, na mapie BŻ odnalazłem tu szlak rowerowy, który w terenie jest dobrze oznaczony. Teraz trawersuje Grapę, mając widok na przetrzebione stoki Babiej Góry. Mijam pozostałości po jakimś rajdzie, tj taśmy na gałęziach, na kałużach pozostałości lodu. Zaczyna się konkretne błoto.
Opuszczone domostwo pod Babią.

Tu udaje się to błoto obejść obok ścieżki, ale dodatkowo to spowalnia mój marsz. Szlak wiedzie ciut inaczej niż na mapach. Zza kopek na południu wyłaniają się Tatry, jeszcze na zdjęciach średnio się prezentujące.
Mokre trawiska. Idę tu na wschód.

Na szczycie Babiej tłumek: 

Kiczorski Groń a daleko za lasem Tatry.

Docieram w końcu do wsi, Kiczory, którą przejść muszę, ale tu już wiedzie szlak, zielony. Jest po 13tej, mam ok 3godzin do zachodu słońca, mapa mówi o też ok 3 godzinach marszu. Tu przede mną, zanim doszedłem do drogi, przechodzi grupa turystów. Mijam dzwonnicę loretańską, oraz dziadka z wnuczkiem, na moje "dzień dobry", dziadek robi minę jak wnuk, tj jakby ducha zobaczył 😁 . Szlak odbija w lewo, ktoś sobie drogę będzie robił, bo wysypany jest tłuczeń, ale póki co to takie małe pagóry. 
Obok remizy stoi dzwonnica loretańska. 

Dzwonnice kiedyś miały odstraszać burze. Na Orawie trochę ich stoi. Bardzo ładną mijałem rok temu w Danielce. 
Ruszam polną drogą ku wzniesieniu. Od południa znowu atakują Tatry widoczne między kopcami. Dochodzę do drzew i nagle zonk. Droga wchodzi do potoku i to całkiem sporego. Przeskoczyć go nie przeskoczę. Wkurzony obchodzę zakole, próbując znaleźć płyciznę, pierwszy raz też klnę na instytucje dbające o szlaki. Bo tu chyba kiedyś jakiś mostek był. No dobra, nie ma się co złościć w najgorszym razie zdejmę buty. Ale nie za bardzo mi się uśmiecha wchodzić do lodowatej wody. 
Znajduję dwie łachy kamieni. Cóż z tego, jak druga połowa potoku jest głęboka na pewno ponad kolana, a brzeg z drugiej strony to wcale nie mała skarpa. Nie przeskoczę. Znajduję dechę. Idę tym razem w górę strumienia, wrzucam kamienie, kładę deskę. Nie ma szans, ona za cienka, ja za ciężki. Ale wyżej jest obalone drzewo, wchodząc ze skarpy, o mało co nie ląduje w wodzie, pnie są tak spróchniałe, że gdy się o nie opieram, to wpadają do wody, całe szczęście, że nie robiłem tego na pewniaka...uff, do kąpieli jednak było blisko. W końcu jakoś przechodzę na drugą stronę...


Widać leżący konar, to jeden z tych które nie wytrzymały mojego nacisku.

Za potokiem na łące chwila odpoczynku, łażenie po tych krzaczorach mnie trochę wykończyła, do tego chcę zobaczyć, czy jakieś kleszcze mnie nie oblazły. Robię sobie tu też jedyne zdjęcie 😏

Po chwili ruszam, bo znowu doszło kilkanaście minut opóźnienia. Wychodzę w górę i pod lasem nagle widzę jakieś zjawy. W pierwszej chwili nie powiem, poczułem się nieswojo, jakby ktoś specjalnie tu je ustawił. Za lasem na brzegu lasu więcej takich strachów widziałem, czyżby strachy na pola?

Droga wychodzi na pola, gdzie widzę babinkę która przepina jedną z dwóch krów, a potem osłaniając twarz przed słońce obserwuje mnie z daleka. Straszę kuropatwy, które odlatują...
W końcu wychodzę na garb, którym będę teraz szedł i widzę, że wybór, tego szlaku na powrót, to strzał w dziesiątkę. Tylko najpierw muszę się przedrzeć przez pola błota...

Mijam tu jedynego turystę, który prowadzi rower. Droga prowadząca między polami, jest rozwalona całkowicie, krowy rozdeptały ją doszczętnie. Mijam kolejne krówki, które przez chwilę mnie obserwują by dość szybko wrócić do konsumpcji specjałów 😉. Mijam zagajnik, w nim śmieci od cholery. Tia turyści deskę sedesową, porcelanę łazienkową i stare dachówki tu wyrzucają...
O, błoto!

Tu kawałek prawie bez błota. Po prawej Pakoszyński Brzeżek.

Syf.

Momentami jest takie błoto, że dwa, trzy razy myślałem - po bucie. 
Tatry gdzieś tam wyskakują, a jak wcześniej myślałem, że będę jednak za szybko, tak teraz się zastanawiam, czy czasem zdążę je jeszcze popodziwiać w świetle zachodzącego słońca. 
Mijam Kopalowski Brzeżek i na zejściu siadam by coś zjeść, dopić herbatę, czyli zmniejszyć wagę plecaka 😉 a przy okazji obejrzeć panoramę Tatr:

Pod Lodowym Szczytem tworzy się chmura:

No dobra, przede mną pozostał już kawałek drogi garbem, liczę, że na zejściu z niego będą jeszcze lepsze widoki. Przechodzę drogę łączącą Lipnice (Małą i Wielką). Tu spotykam parę osób spacerujących, jeżdżących na quadach. 

Przypominam sobie, że mam przecież drona, więc na jednej z miedz staję i go wypuszczam:

Cześć  😊

Po chwili ruszam dalej, wpierw jednak tą miedzą schodzę w prawo w stronę Lipnicy Wielkiej, na drogę, która wyprowadzi mnie do wsi. W między czasie zachodzi słońce. Po chwili pozostało mi ostatnie zejście na płaskie. Robię tu też ostatnie zdjęcia widoków:
Skraj Tatr Zachodnich, Jezioro Orawskie i szczyty Skoruszyńskich Wierchów podświetlone zachodzącym słońcem.
 
Lodowy Szczyt, z lewej Kopiec Łomnicy na zbliżeniu widać słupy kolejki - link do zdjęcia.

Schodząc mijam omijające mnie sarny, biegnące nieopodal mnie. 
Ciekawostka - iso 3200.

To już ostatnia przygoda dziś. Następnie po płaskim między polami, w których pełno śmieci w dołach przy drzewach itd, dochodzę do wsi. Mijam dzwonnicę loretańską już praktycznie po ciemku i dochodzę do auta.


Statystyka.
Nieco ponad 26km zrobione, od 7mej do 16,30. Ok 550metrów podejść i zejść. Mapa pokazuje czas 8.18, ja szedłem 9.30, więc lekka obsuwa była, ale myślałem, że będzie gorzej.
Trasa:
link do mapy , z zastrzeżeniem, że start i koniec z punktu nr 2, z racji iż na mapie nie ma łącznika między ścieżkami.

Ps. Bardzo przyjemne rejony, a dzięki powrocie do auta po zachodzie słońca, czuję się spełniony, mimo, że trochę skróciłem plany.
Szkoda, że na sam koniec nie miałem statywu. 
I zdjęcia z początku, robione z polarem, niestety ale...wbił mi się w gwint i nie mogę go odkręcić...


Komentarze

  1. Mam na uwadze poeksplorować te tereny na rowerze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, bo widokowo to świetne rejony, tylko pod rower błoto mocno może przeszkadzać. Ten szlak zielony między Kiczorami a Lipnicą Małą, to jedno wielkie błoto ;)

      Usuń

Publikowanie komentarza