Jak wagary, to w góry ;)

 Żona dzień wcześniej zostaje poproszona o wzięcie urlopu, ja mam wolne, więc córce robimy wagary w przedszkolu 😉 i upalny dzień rozpoczynamy w zoo, a kończymy oglądając zachód słońca w górach. 

W zoo spędzamy czas do południa, ostatnią godzinę nieźle się smażąc w prażącym słońcu, potem wracamy do domu na obiad, po którym ucinamy sobie drzemkę, by odpocząć przed wieczornym spacerem..
Przed osiemnastą, wsiadamy w auto i dość sprawnie, mimo piątkowego popołudnia dojeżdżamy do Szczyrku, droga w kierunku Bielska mija nam dość sprawnie, praktycznie tylko na dwóch światłach mamy lekki zator.
Do Szczyrku dojeżdżamy nową drogą, która bezpośrednio prowadzi od ekspresówki. Aby dotrzeć do celu, musimy przejechać przez to turystyczne miasto, jakim jest Szczyrk. Przyznam się, że o mieście miałem średnie mniemanie, pewnie wpływało na nie, to co się dzieje w zimie, gdy do miast zjeżdżają narciarze i słynne są korki na drodze wyjazdowej, oraz tłumy na deptakach. Obawiałem się, że i teraz w mieście będzie sznur pojazdów, jednak przejazd przebiega sprawnie, jeszcze jest spokojnie. To nie tak, że nie ma polskiej tandety, ale jeszcze nie ma wakacyjnych tłumów i miasto otoczone górami, które oświetla przedwieczorne słońce, część restauracji i hoteli odświeżona również się dobrze prezentuje...miasto po prostu dobrze wypada w moich oczach. No albo to kilkanaście lat omijania bo wizyta w 2017roku była krótka (dojazd w środku nocy, wyjazd w południe marząc o łóżku, będąc nie wyspanym, więc zwracałem uwagę na drogę). Żona zadowolona mówi, a nie mówiłam, że tu fajnie? No cóż, to oznacza, że czeka mnie tu kiedyś weekendowy 😉 albo i dłuższy pobyt. To dobrze, wokół miasta jest sporo szczytów do zdobycia 😁.
Jeszcze kilka serpentyn i w końcu dojeżdżamy praktycznie pustą drogą na przełęcz Salmopolską, gdzie parkujemy, bierzemy plecaki i ruszamy. O ile jeszcze w czasie drogi termometr pokazywał ponad 30 stopni, tu jest ich 25 i wieje dość chłodny wiatr. Ruszamy na szlak! 

Do przejścia mamy nieco ponad 3km po prawie płaskim szlaku. Prawie, choć są kilka podejść jest, co w połączeniu z wieczorową porę sprawi nam ciut problemów 😉 . 
Po chwili jednak wiatr, z chłodnego zmienia się na ciepły, do tego świat robi się powoli pomarańczowy, w końcu zaczyna się złota godzina. Idę ze swoimi dziewczynami, więc jest wyśmienicie!


O ile pierwszy kilometr, gdzie z marszu zdobyliśmy Biały Krzyż (szczyt), a potem było z górki, poszedł nam sprawnie, to kolejne idą nam coraz słabiej. Córka zaczyna marudzić i chcę co chwila siadać, odpoczywać, oczywiście po chwili to takie żarty, ale z lekkim podtekstem. Mijamy szlak, w kierunku Starego Gronia. Nad nami świeci księżyc, tempo spada coraz mocniej, a ja z niepokojem patrzę na słońce. Coraz niżej, ale jeszcze mocno świeci.
Gdzieś za Grabową, pokazuję córce nasz cel:
Hala Jaworowa, nasz cel.
Gdy wysiadaliśmy z auta, padło pytanie, ile będziemy szli. Mówię ok godziny - to córa, co tak szybko? Teraz, gdy pokazuję nasz cel i mówię że już blisko, słyszę, co tak daleko??? 😂
Oddaję córce jeden z kijków, bo skoro prosi, to myślę, że pomoże jej to w marszu...no to do tego się przydaje kijek:
😁
No cóż, kreski ktoś musi w końcu na ścieżce zrobić... 😉 
Pod Kotarzem, o rzut kamieniem, do odbicia szlaku, jest polana z widokiem na Skrzyczne wraz z grzbietem, którym łączy się z Baranią Górą, poprzez Malinowską Skałę (Baraniej Góry oczywiście nie widać).
Tu widać grzbiet opadający od Malinowa (ten z infrastrukturą narciarską), a na lewo od niego, ta kopa, to właśnie Malinowska Skała. 
Dogania nas para turystów idąca z psem, również skręcają na niebiski szlak i wchodzą w słoneczną bramę:

Gdy córka mija tą bramę i widzi jar pełen wielkich skał, nagle odżywa, zaczyna jej się podobać. Najważniejsze, że nabiera tempa 😉, choć do celu jest dosłownie kilka kroków.

W końcu dochodzimy do naszego celu. Dopinam też swój mały cel, jakim było dotarcie na halę Jaworową w każdą porę roku. Byłem wpierw latem, kiedy pożółkłe trawy, niczym na połoninach mnie urzekły i to wtedy to miejsce mnie ujęło i złapało za serce:
Wrzesień 2016.
Kolejny raz dotarłem zimą, we mgle, która dodała uroku i tajemniczości temu miejscu:
Luty 2018.
zresztą zimą byłem na niej jeszcze raz, z żoną, bo:
Luty 2020.
...bo jesienią 2019roku, zabrałem ją w to miejsce i jej się spodobało równie jak i mnie:
Październik 2019.
A tak się hala prezentuję wiosną:
Czerwiec 2021.

Czerwiec 2021.

Dziewczyny rozsiadają się i zjadają na kolację kanapki. Ja tym czasem rozstawiam statyw i zaczynam się czaić na zachód słońca. 
Słońce jeszcze wysoko:

Na samej hali jest kilka osób. Obok nas rodzina, z dziewczynkami, na pewno jedną młodszą od nami, tata też szaleje ze statywem, przy drzewie siedzi kolejne para, z prawej jeszcze inna para również z aparatami czeka na zachód, dojeżdża rowerzysta, każdy szuka najlepszych kadrów, a słońce w końcu powoli zaczyna coraz niżej wisieć nad horyzontem. Na niebie pojawiają się też chmury, co mnie cieszy, że nie będzie płaskiego zachodu (z bezchmurnym niebem). 

Zdjęcie wyżej, na którym specjalnie złamałem zasadę mocnego punku. Widać, jak chmury są podświetlane przez promienie słońca, pięknie!

Na tym zdjęciu już poprawnie skadrowane 😉

W końcu kula słońca zaczyna topić się w horyzoncie. Zakładam teleobiektyw:


Powoli słońce znika i znikają też powoli ludzie. Na nas też powoli czas, robi się chłodniej, a córa coś od popołudnia smarkać zaczyna, więc nie czekamy na niebieską godzinę (moją ulubioną w fotografii), tylko pakujemy się, szykując do powrotu. W pewnym momencie słyszymy hałas. To silniki dwóch terenówek, które skrótem od Kotarza wjeżdżają i powoli przejeżdżają przez halę, znikając w lesie na końcu garbu. Słońce też praktycznie zniknęło za linią horyzontu...więc ostatnie spojrzenie...

...i ruszamy. A jako, że w lesie już się zrobiło ciemno, a ja obiecałem córce wędrowanie z czołówką, to włącza swoją i rusza, widać, że trochę jej jest nieswojo. Póki co za nami, idzie wspomniana rodzina, więc jest ciut raźniej, ale po chwili przepuszczamy ich, mają dużo lepsze tempo (młodsza baranuje 😁 ) a my ruszamy za nimi.
Moje dziewczyny. Z prawej widać postacie, to wspomniana rodzina nam 'ucieka'.
Mała uwaga, zdjęcia będą robione na dużej czułości (ISO), oraz specjalnie nie odszumiane, chcąc nadać im trochę ziarnistości. Na wyższym zdjęciu, iso - 3200.
Tu porównanie jasności. Zdjęcie z godziny 20.18:
ISO 800.
i 21.10, już półmrok:
ISO 3200.

Nasze tempo teraz jest szybkie. No cóż nasza młoda podróżniczka bardzo chciała się przejść nocą z czołówką, ale rzeczywistość okazała się trochę działająca na młodą wyobraźnie, ciemność lasu, szum wiatru, oraz wszelkie odgłosy z lasu powodują mocny uścisk dłoni i na prawdę szybki marsz. A świecić nam będzie też księżyc:

Ja się oglądam kilka razy za siebie. Ale nie w obawie, że coś za nami idzie, a by popatrzeć co też się dzieje na niebie, a dziać się dzieje:

Tymczasem wchodzimy w ciemny las, więc czas dodać otuchy córci. Więc lecę za dziewczynami i ciemność pokonujemy razem.

Jeszcze gdzieś w okolicy Grabowej robię jedno z ostatnich (udanych) zdjęć przedstawiającą niebieską godzinę by później już szybko dojść do parkingu.

 Do auta dochodzimy już w ciemności, jest godzina 21.49. O ile tempo idąc na zachód mieliśmy w od 16minut na 1kilometr, to ostatni w ciemności pokonaliśmy w niecałe 13 minut. Teraz pozostało już tylko dotrzeć do domu...

Salmopol w ciemności 😀

Komentarze

  1. zdecydowanie preferuję wczasy z dziećmi nad morzem niż chodzenie po górach, nie mniej jednak zdjęcia piękne i zachęcające :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bałtyk też uwielbiamy rodzinnie, choć w tym roku jednak nad niego nie dojedziemy, ale zapraszam do tego działu https://mniejszeiwiekszegory.blogspot.com/p/podroze-urlopowe.html

      Dziękuje za opinie o zdjęciach :)

      Usuń

Prześlij komentarz