Witamy w krainie sadów.

Gorce żegnają nas mokro, my się mocno żegnamy z przemiłymi nowymi znajomymi i ruszamy w dalsze wojaże wakacyjne. Zmieniamy pagóry, na niziny. Lasy, na sady, łąki na pola zbóż...

Miał to być opis z całej części wojaży pozagórskich, jednak wpis ten rozbiję na dwie (chyba) części. Pierwsza, nazwijmy to "w drodze", cześć o dojeździe w pierwszym dniu. A ten zaczynamy od przyjazdu do Sandomierza zwanego 'małym Rzymem', bo również leży na siedmiu wzgórzach. Pierwsza osada powstała w X wieku, a od wieku XI istniał tu gród. Miasto dzieli się na dwie części, historyczna na lewym brzegu Wisły, a przemysłowa na prawym. Przez tą część przemysłową dojeżdżamy pod starówkę. I ruszamy na spacer.
Jadąc słyszymy w radiu ostrzeżenia o burzach, po porannej rześkości za wiele nie pozostało. Za to króluje zaduch. Gdy tu dojeżdżamy, w południe jest najgorszy upał. Termometr pokazuje kilka stopni ponad 30tkę. Ledwo znajduję miejsce do parkowania, ale udaje się i ruszamy na rynek. 

Dochodząc do rynku, nie spodziewałem się spotkać księdza Mateusza 😉, za to spotykamy strażników miejskich jak się czają w bocznej drodze z lizakiem w ręce. Jednak nie rozdają słodkości, a łapią turystów, którzy wjeżdżają na zakazie 😁. Tu ich koledzy, po drugiej stronie starówki, jak mijaliśmy to auto z kwiatami, to się doczepili do pani :

My obchodzimy rynek, oglądamy zmianę warty i idziemy na coś zimnego.


Idziemy na lody. Dostajemy dodatkowo zdrapkę i okazuję chwilę później, że zdrapiemy kolejne trzy kulki, ale córa zje część, my już nie dajemy rady. Skręcamy z uliczki biegnącej od rynku, w bok w kierunku Wisły.

Robię zdjęcie pomiędzy kamienicami, akurat idzie facet. I się zaczyna, mówi, że on sobie nie życzy być na  zdjęciu. Odpowiadam, że nie będzie nigdzie publikowane, że go mało co widać, a samo robienie zdjęcia nie może mi zabronić. Owszem publikować wizerunku nie mogę. Pyta się, a po co robię to zdjęcie. No i wywiązuje się chwila rozmowy, o życiu w blokach z wielkiej płyty kontra życie w małym miasteczku. Na koniec pan się żegna, życząc nam udanego spaceru, powtarzając, że nie ma go nie być na żadnym fejsbooku. No to nie będzie go w ogóle 😉, bo zdjęcie takie se; tymczasem za rzeką:

A nad nami słońce, czasem jakaś mała chmurka je próbuje zasłonić. Więc z racji tego niemiłosiernego upału, robimy rundkę po uliczkach koło rynku i ruszamy do auta, podążać dalej. Kupujemy po drodze lemoniadę (pyszna), oraz podpłomyk. Ten średni... Wracamy na rynek i po zrobieniu zdjęć, obchodzimy ratusz i zmierzamy powoli ulicą w kierunku jedynej ocalałej bramy, bramy Opatowskiej.



Spod niej podążamy do auta, którym jedziemy na Lubelszczyznę, do pensjonatu, obok sklepu ze wszystkim 😉. Nie odwiedziliśmy zamku, nie weszliśmy do podziemi. Więc będzie po co wrócić!
Sandomierz żegnamy jednak póki co z ulgą. Upał, sporo turystów, powoduje, że nie mamy sił i ochoty na dłuższe spacery.
Kolejnym przystankiem na naszej podróży, to Nałęczów. Wpierw jednak trzeba dojechać do niego. Jedziemy drogami niższej kategorii, dzięki czemu można odetchnąć od wariatów z autostrady i dróg krajowych. A obok nas sady, czasem winnice. Rosną wiśnie, maliny, jabłka. 
W połowie drogi, w miejscowości Urzędów, widzę zagrodzoną drogę, którą mamy jechać, policje. Zdezorientowany skręcam w prawo. Ale mapa pokazuje, że kawał drogi bym musiał nadrobić, więc po chwili wracam, najwyżej się spytam jak dalej pojechać. A tu okazuje się, że zagrodzony jest rynek Urzędowa, bo odbywa się tu rajd samochodowy, a droga biegnie obok i normalnie można przejechać 😂. Ech drajwer. Stoi kilka aut rajdowych, do tego co rusz nowe dojeżdżają, jadąc dalej mijamy sporo tych rajdówek. Okazuje się, że wśród sadów kończy się jeden z oesów, stoi policja, jest meta, jak ktoś grał w Collina, to powinien skojarzyć jaki to widok 😀
W końcu po dwóch godzinach dojeżdżamy na kemping, przy którym się znajduje nasz pensjonat. Oraz sklep, ale...jaki TO sklep. Jest w nim chyba wszystko. Czekając na klucze, widzę jak jeden facet kupuje preparat do ochrony pomidorów, drugi długie wkręty, stoją palety z ziemią przed sklepem, na półkach dolnych są artykuły spożywcze, natomiast nad nimi ułożone gry, zeszyty, zabawki, puzzle, lalki. Jest chleb, są lodówki z wędlinami, lada z deską do krojenia mięsa, lodówki z piwem, za kasą stoisko z bardziej procentowymi alkoholami, a z boku dwa pomieszczenia z ubraniami. Można się tu ubrać, od majtek, skarpet spódnicy, spodni dżinsowych do garnituru z muchą włącznie! 
Poznajemy kolejnych fajnych ludzi i chłopak wracając ze sklepu, opowiada, jak zdumiony, mówi właścicielce, wy macie wszystko! A ona odpowiada, panie, 30 lat zbieramy! 😁😂


Obok pensjonatu, jest gospodarstwo, gdzie są konie, dwie owce, dwa osły i kozy. Niby jest jacuzzi na dworze, ale niestety z racji suszy zapewne, wody w nim nie ma (a obok jest sauna w kształcie beczki). 
Okolica spokojna, niedaleko kilka restauracji, zajazdów (mała uwaga w poniedziałki nie otwarte 😕 ), do Nałęczowa rzut beretem, a biedronka jest ok 3-5 minut spacerem:


To jeszcze na wieczór jedziemy obejrzeć Nałęczów, zrobić zakupy w biedrze, oraz zatankować auto.
W kierunku słońca...i Nałęczowa.


Nałęczów to miasto uzdrowiskowe, w którym się leczy choroby wyłącznie kardiologiczne. Po gwarnym Sandomierzu, sprawił miasteczka leniwego, spokojnego...o właśnie takiego teraz nam trzeba. Miasto leży w historycznej Małopolsce, choć w 1474 król Kazimierz IV Jagiellończyk wydzielił z województwa Małopolskiego, województwo Lubelskie, więc...jesteśmy na Lubelszczyźnie 😀, rejonie mi nie znanym. To moje/nasze pierwsze odwiedziny w tych stronach.
Idziemy się przejść po parku Zdrojowym, w którym jest sporo historycznej zabudowy, oraz staw. Jest też Atrium, czyli basen, z którego kolejnego dnia skorzystamy, póki co jednak spacerujemy wśród drzew.


Wracając, spostrzegamy wiewiórkę, która chowa żołędzie na zimę, grzebiąc je w ziemi:


Nałęczów, to kolejna miejscowość, którą pobieżnie zwiedzamy. Posiada sporo zabytkowych willi, budynków w parku zdrojowym. Jednak zmęczenie podróżą i upalnym dniem, powoduje, że myślimy powoli o odpoczynku. 
Przed powrotem na kemping, idziemy zjeść do knajpy, z kuchnią Ormiańską. No cóż, to taki fast food, z potraw z kuchni ormiańskiej, jest jakaś zupa, są papryki nadziewane i jeszcze jakieś potrawy zawijane. Niby na stronie jest menu, ale zamawia się to co jest na standzie przed wejściem, oraz co jest w ladach obok bufetu. Zamawiamy kebaba po ormiańsku. Dostajemy go na talerzu z frytkami. Porcja spora, ale średnia w smaku. Na plus, że siedzi się na takiej werandzie, a obok płynie strumyk. Na wieczór kupuje piwo oryginalne:

które jednak w smaku niewiele się różni od naszych sikaczy, a kosztowało czterokrotnie więcej. 
Idziemy spać, dobranoc! 😉

Komentarze