Na Baranie.

Pamiętacie pierwsze Wasze wycieczki w góry? Może nie te zupełnie pierwsze, ale te kiedy już załapaliście bakcyla, a jeszcze mało co znaliście? Ekscytacja przed wyjazdem, niecierpliwe odliczanie dni do wyjazdu? Ja już dawno takich odczuć nie miałem. To nie znaczy, że byłem już we wszystkich pasmach górskich naszego kraju, ale najczęściej jeżdżę w rejony znane, choćby z widzenia. Więc raczej nie budzą te wycieczki tak wielkich emocji jak kiedyś.
Jednak są takie miejsca, które bardzo chciałem poznać. Rok temu były to Góry Izerskie, a w tym roku Beskid Niski. Rok wstecz spanie w wiatach, plan szlaków, trasa wymyślana, a teraz do końca nie wiedziałem gdzie pojedziemy z żoną. Dopiero w piątek, dzień przed wyjazdem dzwonię z pytanie o dostępność noclegu. Jest pokój, rezerwacja klepnięta. Zaczyna się udzielać mi nastrój radości. Poznam kolejne ciekawe miejsca!
Tym razem nie miało być wielokilometrowej trasy. Miało być sielankowo. Dolinkowo. A jak było?
Najpierw nudną autostradą mkniemy na wschód, by pod Tarnowem odbić na południe i następnie bardziej na wschód. Mijamy kolejne wsie, miasteczka aż w końcu wzniesień jest coraz więcej, mijamy zabytkowe szyby naftowe by obok widzieć zalesione wzgórza Magurskiego Parku Narodowego:



Później drogi robią się coraz bardziej nierówne, by w końcu szosa zwęża się na szerokość jednego auta i nagle asfalt się kończy...zostaje szuter.
Dojechaliśmy. Pole kempingowe, oraz schronisko Hajstra. Po zrzuceniu bagaży w pokoju umawiamy się, że na 17 zejdziemy na obiad. Kupujemy bilety do parku i ruszamy. Dziś naszym celem jest szczyt Baranie. Na początek przechodzimy obok domu duszpasterskiego Betania, by odbić od dawnej drogi do wsi Ciechania w kierunku przełęczy Mazgalica. Za rzeką harcerze jak co roku rozbijają swój obóz niedaleko odbudowanego kościoła św. Jana z Dukli i św Huberta. To wszystkie zabudowania jakie zostały po wiosce. Wieś stanowiła enklawę polskości pośród Rusinów.

Dolina, w której istniała wieś jest otoczona zalesionymi wzgórzami, choć nie brak i łąk:

Zachwycając się kwiecistymi łąkami wchodzimy w las. Ścieżka pnie leniwie do góry. Mijamy potok Hucianka:

by po chwili dojść do przełęczy:

Po chwili oddechu ruszamy dalej, tym razem szlakiem granicznym w kierunku wschodnim. O ile do tego momentu szło się jak w parku, to teraz mamy lekko pod górę.
No dobra to lekko, to taki żart, jest całkiem stromo. Tu też spotykamy pierwszych turystów.

Wychodzimy na wzniesienie lekko zasapani, ale w nagrodę mamy dość mocno zamglone, ale jednak widoki na Słowackie szczyty:

Z racji umówienia się na jedzenie, zaczynamy powoli zwiększać tempo.
Częściowo w lesie, częściowo w wysokiej trawie, czy też wśród paproci podążamy ciekawi wieży widokowej, jaka znajduje się na naszym celu.

Nie jest to szlak widokowy. Ale ja tak sobie właśnie lasy Beskidu Niskiego wyobrażałem:

Słyszę pytanie, daleko jeszcze? Odpowiadam, że za zakrętem powinien być nasz cel. I rzeczywiście widzimy w końcu wieżę:

Ostatnie kroki...i niestety. Nie będzie żadnych widoków. Drabina prowadząca na dolny podest, leży w trawie, dolne szczeble są zbutwiałe i już nic ich nie trzyma...

No cóż, później się dowiedzieliśmy, że sama wieża jeszcze stoi, ale wchodzenie na nią byłoby ciekawym doznaniem. Oraz, że Słowacy mają ją odbudować. Siadamy więc na ławach ustawionych w okrąg i zjadamy kanapki. Tu też kolejnych turystów spotykamy, po drodze minęliśmy dwóch Słowaków z psem, ten drugi pan idzie za laskę. Ich będziemy mijać jeszcze w drodze powrotnej. Więc jeszcze pamiątkowe zdjęcie i ruszamy na obiad:

Informacyjnie, stoi tu podobna wiata jak na Mazgalicy, z tym że ta jest zamykana na skobel...z zewnątrz. No i ma okno z szybą. Więc żeby w razie potrzeby zamknąć się, to chyba trzeba potem przez to okno wchodzić :) . Wiaty są porządne.

My tymczasem mkniemy:


Mijamy również rodzinę, oraz grupę dziewczyn, które potem jakieś wianki robiły. Schodzimy dość szybko, choć zatrzymujemy się na skraju łąk.
Bardzo się nam one podobają, a nie wiemy, że kolejnego dnia będziemy widzieć jeszcze piękniejsze, jeszcze bardziej pachnące, kolorowe:

Po zjedzeniu pysznego obiadu, który przez moje wybrednictwo jemy po połowie (tj żona zupę fasolową, a ja pierogi z mięsem - pyszne oba dania), oboje się połową najadamy, ale ja mam ochotę usiąść na skraju lasu i napić się piwa, więc wsiadamy w auto i jedziemy do Krempnej na małą wycieczkę. Dość szybko układamy się do snu...
Zdjęcia z dnia pierwszego.

Komentarze