wtorek, 11 lutego 2020

Ulubione miejsce w górach. Moje.

Chyba każdy ma swoje ulubione pasmo, może górę, w każdym bądź razie miejsce, do którego lubi wracać. Moim takim miejscem, jest hala Jaworowa. Więc gdy po nikłej zimie śniegu znów sporo nasypało (ale nie na nizinach), to zmieniam plany z mało uczęszczanego szlaku, bo co to za przyjemność torować w śniegu. Gdy dzwonię do schroniska na Rysiance, zostaję poinformowany, że szlak ze Złatnej jest przetarty (to wiem z informacji z fejsbuka), ale nie znajduje żadnej informacji o szlaku z Żabnicy, w schronisku też nie wiedzą czy jest przetarty. Trudno, będzie ciężko...

Jeszcze rano wsiadając do auta obieram kierunek na Złatną. Jednak wieczorek oglądałem zdjęcia z...właśnie Hali Jaworowej i w aucie stwierdzamy, że powracamy na trasę z października.
Ruszamy znowu szlakiem zielonym. Początek jak to w górach...wiedzie pod górę. I to dość ostro.
Więc z miłą chęcią podziwiamy w porannych promieniach słońca Brenną, podczas momentu odsapnięcia oczywiście ;)

Brenna, widać kościół pw. św. Jana Chrzciciela z XVIII wieku. 


Mamy za sobą pierwsze ponad sto metrów przewyższenia, teraz szlak lekko wypłaszcza się dając wytchnienie. Mijamy stok i wchodzimy do lasu i wchodzimy w cień. Promienie słoneczne prześwitują przez gałęzie drzew. Idzie się dobrze, szlak jest przetarty a śnieg zmrożony. Drzewa są ośnieżone.
I tak osiągamy garb, którym dojdziemy do szczytu. Mijamy przysiółek Stasiówka, z którego jest całkiem ładny widok na Brenną. Szkoda tylko, że zimą widać smog, jaki wisi nad naszymi domami...



Na drzewach niestety coraz mniej bieli, większość opada w postaci drobinek lodu, co widać na podłożu. Ten fragment szlaku bardzo mi się podoba. Wiedzie wśród starszych, lekko powykręcanych drzew. I choć znowu jest stromo, to dość szybko zbliżamy się do pierwszego szczytu. To Horzelica, mająca 797 m wysokości. Nazwa wywodzi się prawdopodobnie od wypalania lasów, do lat 80tych jeszcze sporadycznie wypasano tu owce, obecnie szczyt zarasta. Co ciekawe na zachodnich stokach są ruiny bunkra z czasów II Wojny Światowej.

Brennica płynąca między stokami Równicy i Mały Cisowym.

Pod szczytem robimy pierwszą przerwę bo niestety zaczyna dokuczać wiatr, nie da się spokojnie stać. Szczyt mijamy okuci w kaptury i szybko zasuwamy na dół. Mijamy przykryte śniegiem kamienne murki i dochodzimy do kapliczki na przełączce między Horzelicą a Starym Groniem.
Na jednej z wielu polan widać nasz cel. A po kolejnych krokach osiągamy polanę, na której stoi wieża widokowa. Mijamy ją, bo wiatr nam dość mocno dokucza.


Wieża widokowa na Starym Groniu.

Las bukowy...a nad nim hala.

Idąc jesienią fragment pod chatę Grabową wydawał nijaki. Teraz zaś nam się bardzo podoba. Drzewa przykryte śniegiem...płot...oraz widok na Beskid Sląski.

Po prawej Czantoria...

Wchodzimy do chaty. Spotykamy Sokoła i Sebastiana ( relacja Sebastiana ) ,  którzy idą w drugą stronę tą samą trasą, a więc już byli na Jaworowej. Przekazują, że wieje tam jak diabli...no to rozkładam mapę i czekając na posiłek analizuję, czy jest jakaś alternatywa na inną pętle. No właśnie, posiłek.
Na jesieni nie było kucharki i w związku z tym nie dało się zjeść nic ciepłego. Tym razem nie ma pierogów. Które kosztują 27 zł, jest schabowy. Z frytkami, ale nie ma sałatki. Cena ta sama, kotlet usmażony na starym oleju, suchy... Jedyną świeżą rzeczą jest rogal z jagodami. A jedynym plusem chaty...ciepło bijące z kominka. Niestety, ale chyba na kolejną wizytę w chacie...nie, nie będzie kolejnej wizyty. 
Chłopaki się zbierają w drogę, my po chwili również ruszamy dalej. Wchodzili w las i zastanawiamy się co robić. Nie uśmiecha mi się wracać ani doliną, ani tą samą trasą. Namawiam żonę, na próbę dojścia do hali. 


Znów panorama z Czantorią.

Idzie się nam ciężko. Raz, że coś tam zjedliśmy, dwa jest już blisko południa, po wyjściu z chaty, słońce skryte wcześniej za mglistym niebem, świeci soczyście i ubity wcześniej śnieg zaczyna przypominać piasek na plaży. O ile od Brennej do chaty nie spotkaliśmy praktycznie nikogo, tak teraz turystów przybywa, a szczególnie po dotarciu do czerwonego szlaku. 
Na drzewach jeszcze jakieś resztki śniegu się trzymają, ale co chwila grudy spadają na dół, więc podziwiania nie ma za dużo. Na południu widać i słychać stoki narciarskie leżące po przeciwnej stronie doliny.
 Niby szlak przetarty, a idzie się fatalnie...

Z lewej Małe Skrzyczne, z prawej Polana Pośrednia. 

Na całe szczęście szlak na Polanę na Kotarzu jest przetarty, więc nie musimy wchodzić na Kotarz, by stamtąd dojść do celu. Mijamy rumowisko skalne, które przykryte białą kołdrą wygląda równie tajemniczo i pięknie jak ostatnio. W końcu wychodzimy na polanę.
Idąc od Grabowej w lesie mieliśmy chwilę, gdy nie było wiatru, nie było go nawet słychać, więc miałem nadzieję, że może się uda przejść Jaworową bez szlaku. Niestety, po wyjściu z lasu, wiatr od razu uderza. Idziemy po śladach w kierunku widocznej ścieżki jaką zrobiły skutery śnieżne. Robię klasyczne zdjęcie.

 Rumowisko...równie tajemnicze jak jesienią.

Hala Jaworowa w całej okazałości.

 Dochodzimy do śladów i zaczynamy szybki marsz. Wiatr...wietrzysko wciska się pod kaptur wysysając ciepło. Mijamy drzewo i proponuję odwrót. Co kilka kroków zapadam się po kolana w śniegu. Ciężko widzę przejście całej hali. Nie to co dwójka skiturowców, którzy mijają nas lekko śmigając po śniegu.
Wracamy pod las.
Z lasu wyłania się para na nartach.

Pierwszy raz zejdę na dół szlakiem.

No cóż, dalej idzie się średnio przyjemnie. Co chwila zapadam się w śnieg, mimo śladów. Gdzieś po prawej trójka turystów prze przez pole śniegu do bacówki. Nie zazdroszczę im. Zbliżamy się do lasu, więc liczę, że niedługo wiatr przestanie nam dokuczać. Schodząc cały czas widzimy Czantorię na horyzoncie.



Rzeczywiście w lesie wiatr się wycisza, humory się poprawiają. Szlak wiedzie poprzez buczynę, więc następnym razem jesienią, pewnie tędy ominę Grabową...
Zimą jednak zaczyna nam się dłużyć. Mijamy polany i w końcu osiągamy przysiółek Woźna, gdzie pewnego wrześniowego popołudnia, pierwszy raz schodziłem z hali. W jednym z luster przydrożnych robimy sobie tradycyjne zdjęcie.


No i nie pozostaje nam nic innego jak drogą dojść do centrum wsi. 

I tak oto kolejny spacer mija. Pierwsza część mimo podchodzenia, dała się nam mniej we znaki, niż ta druga. Dawno, mimo niewielkiej ilości kilometrów, nie czułem się tak zmęczony. 
Ale i zadowolony, bo kolejna wspólna zimowa (choć nie z okresu zmiany roku) wycieczka z żoną zaliczona! 


dziękuje 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz