piątek, 11 września 2020

Urlopowo - skrótowo z czasów pandemi.

 W tym roku urlop to było coś tak długo wyczekiwane...jak nigdy. 

Tak na prawdę plan na urlop krystalizuję się już zimą. W tym roku...stwierdziliśmy, że coś na sam koniec wymyślimy i tak przyszedł wirus, który przeorał wszelkie plany. W pracy, w przedszkolu. Sporą (jesienną) część urlopu musiałem wziąć, gdy wirus atakował w lasach i napadał z drzew 😆. Większość pomysłów trzeba było odsunąć na inny czas. W tym i te na jesień - Bieszczady... No dobra, to spędzimy wakacje na Bazie. Będą wycieczki, spacery, będą góry. Aż w lipcu stwierdziliśmy, że może morze, to jednak fajny pomysł. I tak, krótki-długi weekend sierpniowy spędziliśmy w...górach 😏

A nad morze dotarliśmy późnym poniedziałkiem. Byłem tak zmęczony (nawet nie samą podróżą, co tym wszystkim co przed urlopem), że nie chciałem robić nic aktywnie, pobyt na kocu nad morzą to było jedyne marzenie. Woda w morzu była zimna...dopóki się człowiek nie zamoczył. Na zabawach i wygłupach spędziliśmy całe popołudnie. Wieczór przyprawiłem samborem i na widok nieba postanawiamy spontanicznie - idziemy na zachód słońca:

Zachód jak zachód. Ale niebo po zachodzie słońca...była moc.

Drugiego dnia znów rozkładamy parawan, znowu wygłupy. Wieczorem idziemy na lody. Przy okazji trafiamy na fajny występ chłopaków z Ustki:

Chłopaki dali całkiem fajny występ. My zaś na tyle już odpoczęliśmy...że plan na kolejny dzień to...plaża. No dobra, ta będzie po obiedzie, a z rana przejdziemy się po Jarosławcu. Bo tak, po dwóch latach wróciliśmy nawet do tego samego ośrodka wypoczynkowego.
I tak pierwszy raz odwiedzamy z rana Papugarnie, średnie doznanie. 
Znak czasów. Zamaskowany autor bloga 😏
Papugarnia czynna jest od 10tej. Ale już od rana pełna jest dzieci z kolonii. Co powoduje, że ptaki są najedzone. Do tego, no cóż, klatka...nawet córa po chwili jest lekko zniechęcona, więc opuszczamy ją dość szybko. 
Kolejną atrakcją, w samym centrum wioski jest muzeum Bursztynu. Głos z głośników na cały regulator zachwala atrakcje. To trochę zniechęca, ale kolejki nie ma, więc idziemy. Pani o lekko skośnych oczach i skośnej polskiej mowie (bardzo sympatyczna) przedstawia nam sposób zwiedzania (od tabliczki do tabliczki).
Te po pierwszej pomijamy. Prawdziwą atrakcją jest przesiewanie piachu w poszukiwaniu bursztynów. To, co się znajdzie można zabrać ze sobą. Córa oczywiście z wielką ochotą przesiewa przez sito czego efektem jest kilka drobnych bursztynów, które zabieramy.
Dla mnie zaś największą frajdą, jest oglądanie przez lupy zatopionych owadów, roślin w kawałkach bursztynu. Oraz oglądanie biżuterii, wykonanej oczywiście z głównym motywem muzeum.

Każdy ma swoje zajęcie...

W jednej z lup...
Wystawa...


Biżuteria z bursztynów.
Niestety jak ktoś chce spędzić dłużej czas w muzeum, to warto poczytać te tablice. My omijając zator, poszliśmy szybciej i dość szybko, po obejrzeniu biżuterii, prawie 3 kilogramowego kawału bursztynu kończymy i schodzimy do...sklepu. Dość ciekawa forma zarobku, my jednak nie skusiliśmy się na żadne z wyrobów, w większości nawiązującej do położonego na piętrze muzeum.
Na zewnątrz tłumów nie ma. Jeździ nyska, która z głośników zachęca do odwiedzenia skansenu położonego niedaleko. Jedną z nowości, która ma za zadanie wyciągnięcie pieniędzy z turystów są kina. 7D, 8D i 9D. Do tego za friko jest się małpą na wybiegu, bo aby obejrzeć seans, trzeba założyć okulary i zasiąść na fotelu, który wystawiony jest do ulicy (jedno kino było zamknięte i choć przez okna można było podglądać, to nie było skierowane frontem do ulicy).

Po obiedzie (w Tawernie Rybackiej, kto chce smacznie zjeść, to polecamy, my do końca pobytu już tylko w niej się stołowaliśmy), kierujemy swoje kroki nad morze, gdzie min możemy obejrzeć pasowanie dzieciaków z kolonii. 

Prawdziwe tłumy 😜


Kolejnego dnia jedziemy do skansenu w Naćmierzu, reklamowanego przez wyżej pokazaną nyskę, oraz sporo plakatów porozwieszanych na płotach, słupach. Jest to dawny młyn, który powstał w okresie międzywojennym (1928) i był użytkowany do 1999roku. Można w nim obejrzeć oryginalne wyposażenie i poznać proces produkcji mąki, oraz obejrzeć różne eksponaty, które właściciel uzbierał na przestrzeni lat. 
Dość ciekawe miejsce.

Spacerujemy po Jarosławcu. 
Tylne drzwi naszej ulubionej tawerny...
Dwa spore nowoczesne hotele stoją, trzeci jest w budowie...

A pod nowoczesnością, tandeta...
Port w Jarosławcu...

Pospacerze kupujemy latawca i z wieczora idziemy na dubaj nauczyć się nowej umiejętności. Przyznam się, że pierwszy raz w życiu to robiłem i ubawiłem się przednie.

Zabawy latawcem pod niesamowitą scenerią światła i chmur na niebie.

O tam jest!

Miny oddają nasz nastrój 😊
Kolejnego dnia jedziemy na plażę, którą nam pokazali nasi przyjaciele ze Słupska. 
Dojeżdżamy, na szczęście ciut dalej, ale z parkingu na plażę mamy bliżej. Piasek miałki już między wydmami, woda cieplutka, płytka...cudo.

Dawno tak pachnącego lasu nie czułem. Żadne dojście w Chorwacji nie zapewni takich doznań!

Wieczorem zjadamy świeżo uwędzone ryby na plaży i znowu puszczamy latawca. Oraz robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, które wydrukujemy na półkę 😊.
W nocy, a dokładnie nad ranem zaczyna padać. Gdy po śniadaniu przejaśnia się, postanawiamy zrobić wycieczkę. W momencie gdy zamykamy drzwi, znów zaczyna lać. Leje całą drogę, choć gdy dojeżdżamy do Koszalina, to akurat przestaje. Idziemy na rynek. 
Mokry plac i Katedra Niepokalanego Poczęcia NMP w Koszalinie.

UM w Koszalinie. 
Znów zaczyna padać, więc siadamy w knajpce przy modernistycznym budynku, w którym mieści się urząd miasta. Jest przed 12 więc niestety pizzy nie zjemy, zamawiamy więc kawę i po gofrze. A, na gofry, również polecamy Lodziarnie Nadmorską, na przeciw policji w Jarosławcu. Nie zrażajcie się kolejką, naprawdę warto odstać, przez dwa lata nic się nie zmieniły, są lekkie i świerze!
Jest mokro, nawet gołębie siedzą na ławkach i na nic nie mają ochoty. Ja stwierdzam, że niedaleko są dwie cerkwie, w tym jedna prawie po drodze, więc ruszamy ją obejrzeć. 
Samo centrum Koszalina przypomina mi...centrum Dąbrowy Gór. Plac, trochę inny budynek i przystanki autobusowe. Miasto ot takie sobie. Co będę pamiętał, to drogi dziurawe i wyboiste.

Prawosławna cerkiew pod wezwaniem Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy.
Mieści się w dawnym kościele, odbudowanym w latach 1602-09.
Zespół młyna miejskiego, obecnie muzeum w Koszalinie.

Greckokatolicka Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy w Koszalinie. 
Zbudowana w połowie XX wieku.
Wracając do auta, stojącego obok muzeum w Koszalinie, próbujemy zwiedzić je, niestety w muzeum może przebywać do 5 osób. Więc stwierdzamy, że szkoda czasu, podjeżdżamy pod kolejną cerkiew, a później pod katedrę, jednak nie znajdując miejsca, do tego przy padającym deszczu, wracamy do domku. Robimy jeszcze zakupy w Polskim dyskoncie, omijamy Darłowo, zresztą podczas przejazdu - leje, nie pada (dwa lata temu płaciłem tu mandat, a do tego zostałem zamknięty w wc miejskim, z którego musiałem przez okno wychodzić 😅 .

Niedzielę świętujemy u przyjaciół na grillu. Spacery i kiełbaski uprzyjemniają nam ten super dzień. 
Oglądamy też przelatującą kanię rudą, oraz z daleka widzimy żurawię.


Już w niedzielę było dość chłodno. W poniedziałek od rana leje. Zimno. Po śniadaniu, robi się cieplej, więc ruszamy do Słupska. Usłyszeliśmy dzień wcześniej, że to o wiele ciekawsze miasto od Koszalina. Potwierdzamy.
Auto parkuje pod UM w Słupsku. Dziewczyny ruszają na poszukiwanie butów, bo młodą "adidasy" cisną. Ja robię małą rundkę pod ratuszem. Później ruszamy w stronę Słupi, przechodząc obok złotej kamienicy, nowej bramy, oraz starego wagonu tramwajowego. Wchodzimy na chwilę usiąść w kościele Mariackim (postawiony w XIII w). Następnie mijamy stary rynek i dochodzimy do rzeki i wzdłuż niej zbliżamy się ku zamkowi, mijając basztę czarownic, najstarszy budynek Słupska, podobno z roku 1325.



Mijamy kolejny kościół wzniesiony lata temu (w XV w) i mijając kaplicę św. Jerzego stojącą kiedyś u zbiegu starożytnych dróg, obecnie na placu (ja bym to nazwał plantami) i przechodzimy przez ogrody zamkowe. I wracamy poszukać czegoś słodkiego do zjedzenia.
Dobra reklama dźwignią handlu...a nie to wszak tu nie o pieniądze chodzi  😏



Niestety kolejne knajpki odpadają przez nasze wysublimowane gusta 😉 i koniec końców kończymy przy stoliku, który znajduję się obok głównej drogi. Zjadamy więc szybko i ruszamy do auta, przechodząc przez pięknie ukwiecony plant.

Po obiedzie idziemy nad morze, które dziś jest dość mocno wzburzone i oddało, to co w niedzielę zabrało. W niedzielę wiatr, fale były tak mocne, że poszukiwania zaginionej osoby zostały przerwane, nawet ratownicy nie byli w stanie się utrzymać na wodzie. A ludzie po przejeździe ratowników, którzy co jakieś 2 godziny na skuterach przejeżdżali przez te niestrzeżone plaże i wyganiali z wody, i tak do niej wchodzili. Jedna osoba dopiero w poniedziałek wypłynęła. 
Oczywiście u wejścia do plaży, na platformie mały tłumek gapiów. Lornetki i aparaty w użyciu... Również na plaży niedaleko policyjnego parawanu tłum... My kierujemy się w drugą stronę. Ja dopiero na dolę wyjmuję aparat i oczywiście kieruję go w stronę przeciwną. Poluję na mewy, rybitwy...




Nastrój jakiś taki smutny. Światło też się do tego dopasowało...wszyscy z głową w dół chodzą...


Wtorek, ostatni pełni dzień nad morzem zaczyna się ponownie od deszczu. Ale po jakimś czasie przestaje padać. Prognozy pokazują, że może tu padać, a w Ustce, czy Darłowie - nie. Więc jedziemy. Ale w którą stronę się wybrać, jak przed nami taki widok:

??
Decyzja - Ustka! Po drodze rozjaśnia się coraz bardziej. W Ustce się trzeba rozebrać, bo się o wiele bardziej ciepło zrobiło. Opłata w parkometrze, dziewczyny wybierają jakąś pamiątkę, a ja idę zrobić zdjęcie kościołu, bo dwa lata temu było ponuro, teraz na tle niebieskiego nieba prezentuję się o wiele lepiej. Wchodzę też do środka i przez zamknięte drzwi robię zdjęcie. Pierwsze co robimy następnie, to zjadamy zapiekankę. A przepraszam, zapiekse 😏.


Idziemy powoli deptakiem, mijamy Gospodę pod Strzechą, która działa nieprzerwalnie do 150 lat. Z przerwą na koronę...Widzimy Muzeum Chleba, pytanie pada - idziemy? Idziemy. 
Wchodzimy, leci film o historii chleba, piekarni. Oglądamy go do końca, po czym pani z muzeum opowiada nam o przedmiotach, o piekarniach i historii tej piekarni, która dała początek muzeum. Od początku pani mocno też wplata wątek II WŚ i w ten sposób obrazuje jakim, niedocenionym dobrem jest dziś chleb.
Nad drzwiami nazwa lokalu.

Przyprawy do chleba nad różnorakim sprzętem przydatnym w piekarniach.

Po godzinnej przygodzie w muzeum idziemy ku portowi i latarni morskiej, która jest naszym celem. Mijamy budynki w charakterystycznej zabudowie. W porcie widać jak ludzie utrzymują dystans w kolejce na statek piracki 😆, a my odpuszczamy zwiedzenie latarni, kolejka jest spora. 


Po czym wracamy na ostatni obiad na wakacjach, zakupy ryb wędzonych i powolne pakowanie. By następnego dnia z rana ruszyć ku domu...a dwa dni znów znaleźć się w górach i przejść się spacerem na halę Krawculę.

6 komentarzy:

  1. Trochę pozwiedzaliście :) A mnie polskie morze niezmiennie nie przekonuje :) Jaka była temperatura wody?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem ile było na plaży w Słowiańskim P. ale w Jarosławcu pokazywali 19 stopni. Była jednak odczuwalnie chłodniejsza, niż na tej plaży.

      Usuń
    2. :))
      odpowiem tak, w Rovin rok temu wcale nie była cieplejsza ;)

      Usuń
    3. 19 stopni w Chorwacji? Co prawda nie słyszałem aż o takiej niskiej temperaturze, ale pewnie jest to możliwe, tylko, że tam możesz przejechać sobie kawałek dalej i mieć ciepło, a nad Bałtykiem wszędzie piździ :D

      Usuń
    4. No tak, ale Istria jest najbliżej nas, a i tak jest dwa razy tyle km, a co dopiero niżej na południe. Mnie w każdym razie (póki co, bo pewnie kiedyś dotrę dalej na południe) Adriatyk nie zachwycił.
      Ps. sprawdziłem, teraz pokazuje w Rovinj 24 stopnie temp wody.

      Usuń