Lutowe spacery po pagórach. Rodzinnie.

To będzie takie małe podsumowanie lutego. Bo w zasadzie połowę miesiąca przechorowałem, a wycieczki typowej, całodniowej nie odbyłem, ale za to rodzinnie trochę pospacerowaliśmy od Jury, po góry. I to jest właśnie wspólna rzecz, która łączy te trzy spacery - towarzystwo najbliższych.
Choć zima w tym roku, w końcu postanowiła pobyć w miarę normalna, a więc z temperaturą minusową, śniegiem, to z wielką radością przywitałem słoneczny weekend. 
Sobota.
Jedyna wada tej mijającej zimy, że przyszła za późno. Więc gdy wyzdrowiałem, gdy za oknem usłyszeliśmy śpiew ptaków, a słońce zaczęło przygrzewać wiosennie, stwierdzamy, że jedziemy na spacer. Pytam się gdzie? Góry? 
W odpowiedzi żona, rzuca spojrzeniem, na które pytam ponownie - Jura? Jura. Ale gdzie? 
Przez pewne perypetię z cukrem, wyjazd przekładamy na poobiedzie, a tymczasem próbuje coś wymyślić.
Przy obiedzie, przypominam sobie, jedną z wycieczek, gdy pojechałem na skałki, a na miejscu okazało się, że bateria w aparacie była rozładowana...zdjęć nie porobiłem, ale po drodze poznałem fajne miejsca - więc dziś je odwiedzimy. 
I tak zatrzymujemy się pod kościołem w Paczółtowicach, który powstał między rokiem 1515, a 1520 (różne wersje, podają różne daty). Oczywiście w późniejszych latach był odnawiany. Piękny, nie to co dzisiejsze świątynie...


Kościół jednonawowy. Drzwi otwarte, więc zaglądamy do środka. Wnętrza...piękne. Oraz wiekowe. Wczesnobarokowy ołtarz, barokowe organy, polichromia, obraz... itd. My oglądamy to przez kratę, a dokładny spis z jakich lat są rzeczone artefakty jest albo na stronie parafii, bądź na wikipedii:

Obok kraty stoi skrzyneczka na wystawione magnesy i inne rzecz, które można sobie kupić. W ten sposób nabywamy kilka rzeczy, wrzucając odliczone złotówki. Obchodzimy jeszcze kościół dookoła, oglądając nagrobki i epitafia w murze okalającym kościół, oraz dzwonnice, współczesną, choć jeden z dzwonów, dzwon Maria z 1535 roku.
Widoczny budynek, to szkoła, mająca, bagatela 120 lat.
Jeszcze wspólne zdjęcie:

i jedziemy pod następny kościół:

Kościół w Racławicach. Również mający sporo lat na karku, tu data budowy jest jedna - 1511. 
Niestety informacji o nim o wiele mniej, oraz do tego już nie da się zajrzeć. Obchodzimy go, schodzimy do studni, a potem oglądamy kilka tablic informujących o przejeździe wojsk Piłsudskiego w 1914r..


Wsiadamy i podjeżdżamy pod cmentarz, który wraz ze szkołą znajduje się na "przełęczy" garbu, ma którym stoi kolejny nasz cel. Mamy do niego kilka kroków:

Nasz cel, to skała Powroźnikowa. Pierwszym razem wchodzę na nią, widoczną granią, tym razem z powodu śliskiego podłoża (no tak nie wzięliśmy raków 😜 ), musimy ją obejść, podziwiając pofałdowane pola wokół:

W końcu zdobywamy siodło między dwoma wierzchołkami skały, i zdobywamy je. Skała jest spora. Na zdjęciu niżej jesteśmy:
Widzicie nas?
Podpowiem, na wierzchołku z lewej strony zdjęcia. Skała ma 35metrów wysokości, czyli podobnie do 10cio piętrowego bloku. Robi wrażenie z lotu ptaka. A no właśnie, bo tu puszczam swojego miniacza na oblot. Tu film z tego lotu:

a tu wersja dłuższa, jak komuś będzie mało.
W końcu kończę latanie, pakuje sprzęt i idę zobaczyć, gdzie moje dziewczyny pochodziły, tym bardziej, że ta młodsza mi nie popuści i musi pokazać, gdzie była 😉 .

To prawie na samym końcu tej skały:

Rzut oka na jurajską wersję sosny:

oraz widoki ze skały, na siodło i skraj północy:

oraz na widok na wschód:

Jedziemy jeszcze w jedno miejsce. Nie docieramy jednak do celu, bo pokonuje nas zawiany śnieg, który osobówką nie ma szans przejechać. Nie wspominam, że mam wrażenie, iż nawigacja źle nas poprowadziła, bo tak jakby przez podwórko domostwa trzeba przejechać...choć je przejeżdżamy mimo spojrzeń mieszkańców, by po chwili się wycofać... 

Niedziela.
Następnego dnia zabieramy babcię na obiad, by po nim pojechać na kolejny spacer. Tym razem propozycję trasy rzuca żona.
Parkujemy na parkingu i się zbieramy. 

I idziemy na zamek. Budka, gdzie można kupić bilet zamknięta. Więc obchodzimy zamek wokół, uważając na śliską ścieżkę:

Zamek Pilcza. Jesteśmy tu, w sumie jako rodzina trzeci raz. Pierwszy raz córa była w brzuchu żony, rok temu na wiosnę musieliśmy uciec przed deszczem, babcia jest z nami drugi raz.


Na schodach młoda łapię zająca. Ale jej zwiał. Nie poślizgnęła się, a zahaczyła o drewniany stopień. 
Jedno z wejść jest otwarte, więc wchodzimy, na przedzamcze wschodnie. Tu można wejść na mury, co też czynimy, jednak z nich nie ma takiej panoramy, jak z wieży, którą możemy podziwiać, jednak się do niej nie dostaniemy. Kiedyś można było przejść na przedzamcze zachodnie, z którego można było wejść na wieżę zamku górnego, dziś to przejście jest zakratowane, a wejście do drugiej części zamku jest zamknięte. 
Wejście na przedzamcze zachodnie. Widać część pałacu zamkowego. Zamknięte.

Zamek górny.

Cóż, całe zwiedzanie nie trwa długo, dlatego proponuję abyśmy się przeszli wokół zamkowego wzgórza, na co wszyscy się zgadzają. Pijemy więc ciepłą herbatę i ruszamy lasem, pod skałą zwaną Kalafiorem do doliny Wodącej, a nad nami lata taki ptaszor:
Myszołów zwyczajny.
Z córką idziemy zdobyć bezimienne skały. Przechodzimy mur skalny i schodzimy do doliny.
Dolina Wodąca wyróżnia się, że nie ma cieku wodnego, a otoczona jest wzgórzami ze ostańcami wapiennymi i po wyjściu z lasu widzimy kilka z nich. 
Widoczne Skały Zegarowe.
Mijamy droniarza (ja dziś swojego zostawiłem w domu) i po dogonieniu żony i babci, dowiadujemy się, że idziemy zobaczyć widoczne ponad lasem skały. Dochodzimy do pierwszego ostańca zwanej Dolnymi Skałami, w której znajduje się jaskinia Zegar. Jaskinia ma ta trzy wejścia, a my z córą do dwóch wchodzimy. Szkoda, że nie zabrałem czołówki, ale nie spodziewałem się zdobywania takiej atrakcji. Dochodzę do salki, córa zostaje w połowie drogi, a ja próbuje zrobić zdjęcia bez statywu, mój aparat nie posiada lampy, więc podbijam czułość, jednak z ręki efekt jest taki sobie, nic to, jeszcze tu wrócimy. 
Jedno ze zdjęć - lodowych stalagmitów.
Podchodzimy powoli wyżej. Powoli, bo zaczyna się robić coraz chłodniej i topniejący śnieg robi się śliski. Pod skałą Wieloryb, widzimy jakiś ludzi, którzy wchodzą między skały i córa leci zobaczyć czy to kolejna jaskinia 😁 . Niestety, to tylko szczelina, ale robię jej zdjęcie i czas wracać do auta. Niebo zaczyna się mienić barwami pomarańczy, a to oznacza zachód słońca. 

Skała Wieloryb. Na skałach tych poprowadzonych jest pełno dróg wspinaczkowych...Tu opłaca się mieć szerszy obiektyw - dawno już przeze mnie nie używany.
Po wyjściu z lasu, zakładam kolejny obiektyw, tym razem telezoom i robię zdjęcie wzgórza zamkowego. Ech szkoda, że nie zabrałem drona, z drugiej strony, nie było czasu na latanie...

My tymczasem powoli zmierzamy ku parkingowi, a za naszymi plecami mamy łososiowy zachód słońca...

Córka powiedziała, że to był świetny weekend.
Niedziela tydzień później.
Na sam koniec lutego planuję jakąś wycieczkę w góry. Rzucam nawet kilku osobom pytanie, ale gdy córa mówi, że chcę powtórzyć wcześniejszy weekend, odkurzam plan pokazania moim dziewczynom wodospadu i groty. Dlatego też, te trzy spacery połączyłem w jedną relację.
Więc sobota, to odpoczynek, a w niedzielę planujemy wstać z rańca i...a nie.
Żona mówi, by wyjechać o 9, ja proponuję o godzinę wcześniej wyjazd, jednak z rana wyciszam budzik i jeszcze pół godziny drzemiemy. W końcu wstajemy, zjadamy śniadanie, pakujemy się i gdy w końcu ruszamy, jest...9. 😁
Po drodze dziewczyny zwracają uwagę, że mijane domostwa, ulice są puste. Słyszę, bo wszyscy piją kawę, siedzą w ciepłych domach, gdy my przy kilku stopniach, w szarości jedziemy w góry...
Gdy wyjeżdżamy z Żywca, widać pierwsze przebłyski słońca. Jednak początek wędrówki zaczynamy pod szarym niebem:

Rok wcześniej, również tu rozpoczynałem wycieczkę ( relacja ), tylko ruszyliśmy ulicą, zwaną jak grota, do której zmierzamy. Miało być szybciej... 
Początkowo bardziej jesiennie jest, ponura, brudna żółć zmokniętych traw, doprawiona światłem za szaroburych chmur, zmieniła się w błotno-śnieżną drogę, którą przegrodził nam...

bród. 
No niestety, ale woda zbyt głęboka, zimna na pokonanie go. Więc ruszamy na pierwsze chaszczowanie, wpierw przez pola, pokryte kopcami kretów, oraz kopczykami traw. Dochodzimy do drogi, którą rok temu z Łukaszem zmierzaliśmy, tu pojawia się element zimy, oblodzona droga. 

No dobra, ten lód się topi, ale ślisko trochę jest. Mijamy mostek i wchodzimy na plac pełen ściętych drzew, tu robimy pierwszą przerwę. Popijamy kanapki ciepłą herbatą. Ja wynajduję swój stoliczek:

Wtem na plac wjeżdżają dwa auta i pasażerowie ruszają drogą ku atrakcjom, do których i my zmierzamy. Więc po chwili robimy zdjęcie przy maszynie i ruszamy.

Droga pełna jest wody, błota, śniegu i topiącego się lodu. Raz błoto, raz śliskie coś, co kiedyś było białe. Więc idziemy powoli, tak aby uniknąć zamoczenia butów. 
Tu zaliczam drugiego byka. Zamiast skręcić w prawo, idziemy wzdłuż Krzywego Potoku i gdy po dłuższej chwili się łapę, że źle idziemy, zaliczamy drugie chaszczowanie, które nas gotuje. Idziemy ścieżką zwierzyny, mocno pod górę, trzeba się rozebrać, rozpiąć. W końcu po chwili dochodzimy do właściwej drogi, chwilę później do skrzyżowania, gdzie byśmy doszli drogą przez bród i już pewnie ruszamy. Wpierw nawet chwilę w dół, więc idzie się dość fajnie, ale gdy droga zaczyna się wspinać, zaczynają się pytanie ile jeszcze. Potem słyszę, że nogi bolą, a potem nagle...córa się poślizgnęła na kamieniu i mamy rannego. Na zranioną (zaczerwienienie, ale wiadomo, że jak jest źle, to jest to straszliwa rana) dłoń wędruje chusteczka i tak dochodzimy do miejsca, gdzie odbija zejście do wodospadu. Pytam się, co chcemy pierwsze zobaczyć? Ano to co jest bliżej. Więc schodzimy. Tu kilkukrotnie przenoszę córę przez strumień i w końcu, trochę chaszczując (to nr 3) dochodzimy do wodospadu. Sesja samego wodospadu, potem zdjęcie rodzinne i można ruszyć dalej.

Wodospad Dusica, znów bardziej jesienne zdjęcie niż zimowe...więc za rok... 😉
Teraz znów trzeba chwilę podejść, następuje czwarte chaszczowanie, krótkie, bo myślałem, że ścieżka przy potoku będzie za śliska, jednak wołam dziewczyny na nią by dosłownie po minucie pokazać nasz cel nad nami.
Grota Komonieckiego.
Spotykamy dwie turystki, idę pokazać wnętrze jaskini córce, która oczywiście jest zachwycona. Zjadamy kolejne kanapki, ja latam z aparatem i statywem, a córka lata z jednym urwanym kłem lodowym po grocie i obok niej. Pewnie i cały dzień by tu miała zajęcie, tak jej się spodobało, po marudzeniu, zmęczeniu nie ma śladu. Mówię jej, żeby uważała na lód, po czym...na liściach nogi mi ujeżdżają i siadam na tyłku z wielkim impetem 😂.



Robimy również wspólne zdjęcia i czas się zbierać na dół. Wychodzimy na drogę i już do samego auta idziemy nią. Droga mija nam na rozmowach o tym kto, ile razy wywinął orła (nie tylko dziś 😉 ), jak się mówi, gdy się upadnie na śliskiej trawie, jak na drodze i takie tam głupoty. Nie ma już chaszczowania, jest za to błoto. I jak widać jest słońce 😀.

Oraz twarz:

a w niej jej mieszkańcy:

Dochodzimy do placu, na którym krótka przerwa:

Była to krótka wycieczka, ale jestem/śmy z niej w pełni zadowoleni i snujemy plany...ale o tym to już napiszę, po tym jak je zrealizujemy...
Na sam koniec ostatni widok:


Koniec.

Komentarze

  1. Grota Komonieckiego to temat do odwiedzin przy wizycie w Beskidzie Małym, zawsze tam nie byłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejsce ciekawe, ale dość znane, jak widać jest ławka, była swego czasu i tablica z informacją o pomniku przyrody, ale dość szybko znikła, co oznacza, że miejsce odwiedzane jest przez osobniki średni, co jednak nie oznacza, że nie warto.

      Usuń

Publikowanie komentarza