Albania - krótka, króciuteńka wizyta ale z przygodą
Mimo, że Ulcnij i okolice zamieszkują w większości Albańczycy, więc już sama wizyta w tym mieście pozwala odczuć albański klimat, to przed wyjazdem bardzo mocno liczyłem na jednodniową wycieczkę do tego kraju. Mieszkać tak blisko i nie zajrzeć? Bo granica z Albanią w linii prostej, do najbliższego punktu to tylko 3 km od naszych kwater, a do przejścia drogowego ok 31km, więc żal by było tam nie wyskoczyć.
No dobra, z tą "krótką" to przesadziłem. Choć wycieczka była kilkugodzinna. Ale po kolei.
Rano oddajemy się czynnościom prozaicznym, niegodnym turystom. Do tego późne śniadanie i po tym wszystkim pada zasadnicze pytanie co robimy?
Słońce dało popalić 😉 większości z nas i plaży mamy dość. Wycieczki w głąb Montenegro jakoś nikogo nie kręcą. Pada pytanie - to może ta Szkodra? O tak. Jedziemy.
Tylko, że z tego gorąca chyba nas zaćmiło, upał uderzył do głowy...bo prognozy wskazują dziś w Szkodrze ponad 42 stopnie. A my wyjeżdżamy dość późno i zamiast zrobić zakupy w jednej z kilku/nastu pekar po drodze (pizze/burki i inne buły), stwierdzamy, że jedzenie kupimy już za granicą. Bo przecież nawigacja pokazuję niecałe dwie godziny drogi...
Na granicy kolejka jest na kilkanaście minut, pogranicznicy tylko machają ręką na widok naszych dokumentów. Jesteśmy w Albanii!
Pierwsze widoki - jeszcze więcej śmieci, nieco mniej zasobne domy, tzn więcej ruin. Na dachach zbiorniki na wodę. Pojawia się wózek zamocowany do przodu motoroweru, w stanie nieco zdezelowanym.
widok na pierwsze domostwo za granicą - gdy wracaliśmy ludzie tam zaglądali i wychodzili z, chyba chlebami
Szybko dostajemy po głowach za późny wyjazd. We wsi Zeus doganiamy...a jakże - korek (na wysokości zjazdu na kemping Australia). Może te tylko ok 3 km, zrobimy w te 40 minut jak pokazuje navi? A może szybciej? Taaa... (pamiętajcie - głowa przez upały średnio pracuje 😉).
Chyba dwie godziny nam to zajęło. Co było problemem? Rondo za nowym mostem nad Buną, na południowych rogatkach Szkodry - u podnóża twierdzy Rozafa (Kalaja e Shkodrës); korek jest z każdego kierunku...oczywiście każdy się pcha na rondo i na nim stoi co właśnie powoduje totalną blokadę. Nawet policjant stoi i ogląda to zmęczonym wzrokiem...
W korku spotykamy za to sporo cyganów, głównie modę kobiety z małym dzieckiem na ręce, ale również dzieci w wieku pierwszoklasistów, oraz jednego kalekę baz nóg, który siedzi na pasach rozdzielających pasy. Wszyscy oczywiście wyciągają ręce ku autom. Mnie ciekawi czy nikt tego kalekę nie rozjedzie bo sporo aut wymija stojące w korku auta jadąc pod prąd i uciekając w ostatnim momencie przed czołówką...
Uff rondo za nami i w końcu jedziemy. Wjeżdżamy do miasta.
Szkoda to miasto leżące na południowym krańcu Jeziora Szkoderskiego, przy ujściu rzeki Buna. Jest największym ośrodkiem gospodarczym w północnej Albanii. Otoczone jest przez szczyty Gór Przeklętych. Zza jeziora ta strona wyglądała ładnie i ciekawie.
A jak prezentuje się miasto Szkodra?
A jak prezentuje się miasto Szkodra?
Szukamy parkingu albo miejsca, gdzie można by zaparkować. I...praktycznie przejeżdżamy całe miasto niczego nie znajdując - oczywiście nie mamy neta, więc nawigacje nam nic nie mogą podpowiedzieć. A drogi zawalone autami, które nie tylko stoją na pasie przy krawędzi jezdni, ale i na prawym pasie. Każda ulica, oraz mniejsze wyglądają tak samo.
Oglądamy miasto zza szyb samochodu - mieszanina socjalistyczno-bałkańskiej architektury z nowoczesnością. Mnie to przypomina nieco końcówkę lat 80tych, schyłek PRLu. Wspomnienia z dzieciństwa odżywają. Mijamy jakieś boisko, cmentarz, których płot wygląda jak z filmów np z Afganistanu (pobielone, krzywe). Inny świat.
Tylko wszędzie jest masa śmieci. Papier, reklamówki leżą przy krawężnikach...
Pisałem wcześnie, przez ten upał na pewno upadłem na głowę -no właśnie nie zaznaczyłem miejsca do którego chcieliśmy dojechać (a patrząc na mapę byliśmy blisko), główny deptak miasta. Choć to i tak nic nie zmieniłoby bo finalnie nikt nie chcę wysiadać z auta (no poza mną, choć mnie wkurza brak jakiegoś sensownego miejsca do zostawienia auta). Upał (termometry w autach pokazują 42 stopnie) no i ten wszechobecny syf/bałagan zniechęca.
Włączam awaryjne i wyskakuje do Marka - co robimy? Jedźmy nad ten most. Ten przy wjeździe pytam ze zdziwieniem? Nie, ten stary co pokazywałeś. Aaaa. Ok. No to jedziemy.
Jedziemy obrzeżami miasta. To co zaskakuje, co zwlaniacze przed każdym przejściem dla pieszych.
Jedziemy obrzeżami miasta. To co zaskakuje, co zwlaniacze przed każdym przejściem dla pieszych.
Poniżej screen z map - jechaliśmy tędy, ale w 2025 roku to ogrodzenie wyglądało dużo gorzej niż na poniższym zdjęciu (tam z 2016go) - choć bloki nic a nic się nie zmieniły.
Naszym celem jest most Mesi, 8 kilometrów na północ od miasta. Po krótkiej jeździe docieramy mijając sady dojeżdżamy - są dwa mosty. My przejeżdżamy przez nowy, w średnim stanie i parkujemy za nim.O ile w tej temperaturze można mówić o podziwianiu 😉
Most Mesi został zbudowany w 1768 roku za panowania Osmańskiego, przez Mehmeta Pashë Bushatiego. Most rozciąga się na 108 metrów, ma 3,40 m szerokości i trzynaście łuków nad rzeką Kir. Największe przęsło w środku ma wysokość 21,5 metra, wsparte na podwójnych żebrach o szerokości 1,08 metra.
I wracamy autami na drugą stronę. Z racji iż nie kupiliśmy nic do jedzenia jesteśmy głodni. Perspektywa utkwienia w korku w drodze powrotnej powoduje, że postanawiamy zjeść coś w lokalnej restauracji, żona mówi, że tu po drodze coś widziała. Ruszamy i po kilkunastu metrach żona pokazuje - o tu są te restauracje.
Prosimy o rachunek pytając czy można płacić kartą. No. Ok. Po jakimś czasie dostajemy rachunek.
Przechodzimy go i uciekamy do cienia.
Wody w rzece brak. Ciekawe czemu? 😉Most Mesi został zbudowany w 1768 roku za panowania Osmańskiego, przez Mehmeta Pashë Bushatiego. Most rozciąga się na 108 metrów, ma 3,40 m szerokości i trzynaście łuków nad rzeką Kir. Największe przęsło w środku ma wysokość 21,5 metra, wsparte na podwójnych żebrach o szerokości 1,08 metra.
Dość ciężko się chodzi po tych kamieniach:
Na Nowszym moście przejeżdża jeden z tych motorowerów z doczepionym do kierownicy wózkiem, więc robię zdjęcie. To właśnie takie mijaliśmy już po drodze.
Idziemy z Markiem po auto, a rodziny czekają w cieniu. Robię szybki podgląd na góry:
Na Nowszym moście przejeżdża jeden z tych motorowerów z doczepionym do kierownicy wózkiem, więc robię zdjęcie. To właśnie takie mijaliśmy już po drodze.
Idziemy z Markiem po auto, a rodziny czekają w cieniu. Robię szybki podgląd na góry:
To szczyt Maja Maranajt, 1576 m npm
I wracamy autami na drugą stronę. Z racji iż nie kupiliśmy nic do jedzenia jesteśmy głodni. Perspektywa utkwienia w korku w drodze powrotnej powoduje, że postanawiamy zjeść coś w lokalnej restauracji, żona mówi, że tu po drodze coś widziała. Ruszamy i po kilkunastu metrach żona pokazuje - o tu są te restauracje.
Tak to wyglądało - zdjęcie poniżej zrobiłem z miejsca, z którego odbieramy naszą ekipę a restauracja jest...w tym żółtym budynku po lewej - serio to kilkanaście kroków 😂:
No dobra, choć auto przeparkowaliśmy bliżej. Idziemy do restauracji.
Na zewnątrz zajętych jest kilka stolików, przy jednym siedzi rodzina z kilkuletnim synem, który woła do nas 'hello' i pyta jak nam się Albania podoba (po angielsku). Mówimy, że jest ładna, jest ok - bo co tu powiedzieć? Może nie zdradzajmy naszego, niezbyt dobrego zdania.
No dobra, choć auto przeparkowaliśmy bliżej. Idziemy do restauracji.
Na zewnątrz zajętych jest kilka stolików, przy jednym siedzi rodzina z kilkuletnim synem, który woła do nas 'hello' i pyta jak nam się Albania podoba (po angielsku). Mówimy, że jest ładna, jest ok - bo co tu powiedzieć? Może nie zdradzajmy naszego, niezbyt dobrego zdania.
W środku klimy nie ma/nie działa, ale siedzimy na przeciągu, więc nie jest...gorąco, jest po prostu bardzo ciepło.
Przez, ja wiem z kilkanaście minut, jak nie dłużej słyszymy trzy razu, sorry, one minut. W końcu facet przynosi menu, które jest też po angielsku. Kolejne "polako" - znowu sporo czekamy na przyjęcie od nas zamówienia. I podchodzi do nas...dziewczynka ok 14 letnia - jej ojciec (facet ok 35 lat) nie mówi po angielsku. Zaś córka mówi dość dobrze po angielsku. Zamawiamy picie, jedzenie. Znów czekanie na picie i je przynoszą nam młodsi bracia, a nadzoruje to dziadek chłopaków.
Przez, ja wiem z kilkanaście minut, jak nie dłużej słyszymy trzy razu, sorry, one minut. W końcu facet przynosi menu, które jest też po angielsku. Kolejne "polako" - znowu sporo czekamy na przyjęcie od nas zamówienia. I podchodzi do nas...dziewczynka ok 14 letnia - jej ojciec (facet ok 35 lat) nie mówi po angielsku. Zaś córka mówi dość dobrze po angielsku. Zamawiamy picie, jedzenie. Znów czekanie na picie i je przynoszą nam młodsi bracia, a nadzoruje to dziadek chłopaków.
Na jedzenie czekamy dużo dłużej, na pewno ponad godzinę, pewnie pośrednio przez grupę turystów (Polaków), którzy zajęli taras. Na szczęście jedzenie jest dobre.
Prosimy o rachunek pytając czy można płacić kartą. No. Ok. Po jakimś czasie dostajemy rachunek.
Sam rachunek wzbudza w nas dobre emocje. Fajnie - i piszę to serio.
Ale po chwili coś nam się nie zgadza.
Ale po chwili coś nam się nie zgadza.
Liczymy by każda z rodzin mogła zapłacić i nie możemy się doliczyć.
Podliczcie czy Wam się zgodzi suma z kartki powyżej. I jak?
Jest to po prostu źle zsumowane. Jako, że średnio umiem porozumieć się po angielsku proszę osoby porozumiewające się, aby poprosiły pana i aby mu to wspomnieć. Ale, że nikt się nie kwapi to wstaje i idę do faceta. Mówię coś w stylu - "hello, is problem, ja, aj no cash, tu jest źle policzone" 🙈
Po chwili pan przychodzi i się zaczyna wyjaśnienie. Skreśla te 56 000 leków i piszę 52 000. Tylko nam wychodzi o ok 10 000 mniej. No to wchodzi nowa kartka. I pan pisze.
Fileto 4x 1000 = 4000
Stek 3x 1150 = 3450 i tu nagle widzę lepszy, wał czy pomyłkę? Bo nam policzono 34 500 - dodali jedno zero. No pięknie. Pokazuje mu to, bo oczywiście on inaczej liczy, my inaczej. Oczywiście w między czasie pojawia dziadek, jest dziewczyna i jej bracia, a nawet przychodzi pani z kuchni, żona faceta, z którym próbujemy dojść do ładu.
Kreślę to jedno zero i liczę powoli na telefonie. Wychodzi 9 200 leków. Liczymy to z trzy razy pokazując ten byk z dziesięciokrotnie droższymi stekami. W końcu łapią. Facet ochrzania dziewczynkę, ona odpowiada, co wywnioskowaliśmy z gestykulacji, że zwala na babkę z kuchni, jej mamę? Zaczynają nas przepraszać, machają zrezygnowani. My jednak nie chcemy im płacić mniej, więc kreślę te 9 200 i piszę okrągłe 10 000 leków. Dziadek z uznaniem kiwa głową i mnie klepie po ramieniu. Dostajemy hasło do wifi i sprawdzamy kurs euro-leki. Płacimy sto parę euro.
Wychodząc panowie krzyżują ręce na klatce i dziękują, przepraszając, mówimy bay, no problem i ruszamy do sklepu na przeciwko - chcemy kupić albańskie piwo.
W sklepie nie można płacić kartą (spodziewaliśmy się) więc zawijamy się i wracamy. Szkodre omijamy obwodnicą. Dobra nawierzchnia, dwa pasy. O tej porze po korku nie ma śladu, ani przed rondem, ani za, więc aż do samej granicy jedziemy szybko. Na granicy idzie nam nieco wolniej, kolejka jest dłuższa niż rano po stronie czarnogórskiej ale samo przekroczenie idzie szybko - dokumenty do ręki i oddają i machają ręką - jechać.
Zatrzymujemy się jeszcze w supermarkecie pośrodku niczego. Mijając go już trzy razy wydawał się duży. Jedna część to restauracja, a w drugiej jest...mały supermarket. Jak zwykle bierzemy piwo w butlach 2l na wieczór, ja biorę wino w baniaku również 2 litrowym, jakąś oliwę i kupujemy coś na kolację - ser żółty z...Mlekowity 😂
Ale widoki spod sklepu...piękne:
Był to ciekawy dzień...trochę szkoda, że nie przespacerowaliśmy się po mieście, ale...upał 😁😉
Komentarze
Prześlij komentarz