czwartek, 8 sierpnia 2019

Kraina trzecia, w Polsce - Sudety.

Część czwarta.
Jadąc do kraju, gdzieś jeszcze chyba w Austrii tak rozmyślam, co będziemy robić do końca tygodnia (a mamy środę). Już chyba na Słowackiej autostradzie, żona mówi, a może jak będzie wszystko ok, to pojedziemy jeszcze na weekend gdzieś w góry? Bez zastanowienia, rzucam, ok. Stołowe!

W taki oto sposób, piątkowego ranka mkniemy znów autostradą, tym razem polską na zachód.
Do Paczkowa droga pokrywa się z moją trasą w Sudeckie Bieszczady . Mijamy w mieście stojącą czarną beemkę, myślę, pewnie to te słynne policyjne nieoznakowane radiowozy. Spoglądam na panów, oni na mnie. Po chwili doganiają mnie, na 60tce gdy jadę zgodnie z ograniczeniem, panowie mi chcą wjechać w mój bagażnik...by po chwili jeszcze na ciągłej lini mnie wyprzedzić. No odejście to ma to auto, ale trudno się dziwić kulturze jazdy w naszym kraju rodem z piątego, czy szóstego świata, skoro nawet Policja nie potrafi tego zrobić...
Od Kłodzka droga nam się dłuży. Ale w końcu jest. Kudowa Zdrój. Skręcamy i przejeżdżamy przez miasto kierując się na Błędne Skały. Przy bezpłatnym parkingu stajemy w kolejce by o pełnej godzinie dojechać wąską drogą na parking pod celem. Płacimy za wejście (oczywiście za wjazd również jest pobierana opłata) i bardzo fajny starszy pan się wita z nami, z córą. Po krótkiej rozmowie, ruszamy.
Wchodzimy na pierwszą platformę widokową:

są więc i pierwsze widoki:

są pierwsze szczeliny:

grzyby skalne:

jest uśmiech:

trasa wiedzie raz szerszymi miejscami:


by za chwilę się zwęzić:

przejścia są wąskie, ale wysokie:

są też takie, że trzeba się schylić, czy nawet na czworaka iść:


a najważniejsze, że cała rodzina ma frajdę

czasem wydaje się, że nie ma wyjścia:

Błędne Skały, położone na wysokości 853m npm. Ale to tyle z opisu, mimo wielu zdjęć, które oglądałem, na żywo sprawia to niesamowite wrażenie, więc zachęcam do ich odwiedzenia.
Nam dziś poszło sprawnie. Radośnie. Mimo ciepła. No na koniec niektórzy marudzili, że bolą nogi, ale skoro tatę jeszcze parę dni temu bolała stopa, to ją jeszcze oszczędzamy.

Widoki na czeską stronę i czas na obiad pojechać:

A na obiad jedziemy...pod palmy ;) :

czyli do Kudowy Zdrój.
Miasto uzdrowiskowe, pierwsze wzmianki pochodzą z 1354r. Wieś leżała na terenie czeskim i z początku nazywała się Lipolitova następnie Chudoba. W XVII w. odkryto źródła wód leczniczych.
Rozwój miasta spowodowało otwarcie linii kolejowej w 1905r. Wieś po II WŚ została dołączona do ziem polskich, a mieszkańców wysiedlono do Niemiec. Po wojnie też nadano prawa miejskie i obecną nazwę.
Po obiedzie idziemy na obowiązkowe tego lata lody. A następnie na mały spacer do Parku Zdrojowego. Wśród palm porozstawiane są stoiska, głośno gra muzyka, więc po zakupieniu w zmrożonego napoju w plastikowej palemce uciekamy za harmider.



Mijamy pięknie ukwieconą część parku (i pięknie obcięte zdjęci, ale pod koniec dnia zawsze popełniam takie niedopracowane zdjęcia, chyba ze zmęczenia upałem ;)  ) :

I ruszamy w las, na wzgórze:

Dochodzimy pod kapliczkę, gdzie atakuje mnie komar i niepotrzebnie o tym wspominam. Teraz wobec wizji pożarcia przez komary, szybko uciekamy z powrotem :)  Oczywiście by szybciej uciec trzeba wsiąść na barana :)))


Pozostaje nam jeszcze zrobić zakupy i wyruszamy do naszej kwatery. Po drodze córa usypia, więc pomijam punkt widokowy, czego będę potem żałował, bo następnego dnia już nie ma takiej widoczności, a w niedzielę z rana będziemy wracać.
Po śniadaniu w sobotę ruszamy ku nowej atrakcji.
Droga przez Łęczyce ma dużą lepszą nawierzchnie niż Droga Stu Zakrętów, więc bezproblemowo docieramy do Karłowa. Płacimy za parking i ruszamy.
Po drodze pozostałości starych czasów:


To wygląda fajnie, w przeciwieństwie do...drogi i placu przed wejściem w las. Prawie jak na Gubałówce, co chwila serki przypominające oscypki, piwo Opat po 10 złotych, magnesy...dziewczyny kupują fajne koszulki o dziwo w przyzwoitej cenie i ruszamy w tłumie do góry.


Dochodzimy do dwóch ogrodzonych ścieżek, stoją ostatnie bezpłatne toitoie (jak pisze na kartce), skorzystanie z których podobno jest czynem odwagi...
Idziemy lewą ścieżką...

Ścieżka fajnie pnie się wśród głazów do góry, szkoda tylko, że na szlaku trzeba palić papierosy i zasmrodzić innym...

Dochodzimy do krzyżówki szlaków i zaczynamy podejście pod schronisko.

Szybko do niego docieramy i...padam. Gubałówka, Krupówki, bądź Mielno. Czyli kicz, tandeta, budy i tłumy. 


Tłumom się nie dziwię. Miejsce wszak przepiękne, widokowe, jest środek wakacji, sobota z piękną pogodą. Nie, na nie, nie będę narzekał, bo to było oczywiste, ale żeby taką komerchę odwalić... 
Dobra, skupiamy się na widokach:


Szczeliniec Wielki to najwyższy szczyt Gór Stołowych - ma 919m npm. Niemiecka nazwa to Große Heuscheuer. Na szczyt szlak ułożył Franz Pabel, który został pierwszym przewodnikiem sudeckim.
Stoi na szczycie wspomniane schronisko, wybudowane w 1846r, w stylu tyrolskim, nazwane Schweizerai.  Dziś do zaopatrzenia służy kolejka liniowa, ale kiedyś wszystko wnoszono na nogach:

Po płaskim, a przynajmniej takie sprawiające z daleka szczycie wiedzie trasa turystyczna. Ma ona 5km, więc ruszamy na nią.

Szybko okazuję, że z bliska wcale tak płasko nie jest ;)
Pod tarasem;
 i na nim:


Również i dziś mamy wszyscy radochę:

Szukamy skał ponazywanych, jedne trudniej nam się odnajduje, a inne łatwiej. O na przykład Małpoluda od raz poznajemy:

Spore przepaście są tej strony:

Ciekawe czy dostrzeżecie, którędy wiedzie trasa? Dla podpowiedzi, widać turystów :) :

Zaczynamy zejście do Piekiełka:

Te schody robią na mnie niesamowite wrażenie:


Na dole panuje przyjemny chłód.

Jest też sudecka sosna w kontrze do pienińskiej ;) :

W końcu dochodzimy do południowych tarasów, w końcu bo córa zaczyna marudzić, ale nie dziwię się, już ponad godzinę idziemy tymi labiryntami:


Robią wrażenie:


Robimy pamiątkowe zdjęcia, tu ja :

I zaczynamy schodzić. Obiecuje córce, że po odcinku, na którym jest największe wytracenie wysokości wezmę ją na barana, więc końcówka trasy, to mała siłownia ;)
Widać schody w dół...

I na koniec panorama Szczelinca z Karłowa. 

W Karłowie idziemy do restauracji z fajnym placem zabaw. Fajne siedziska z palet na tarasie, fajnie opisana restauracja, prowadzona przez osoby dzierżawiące schroniska na Szczelincu (i Pasterkę), ale manu...no takie jakieś fanaberie. I ceny odpowiednie jak za fanaberie ;) . Idziemy do restauracji obok, pod którą mamy auto, też jest mniejszy plac zabaw, więc córa czekając na obiad może się pohuśtać, powspinać czyli jest zadowolona. Po obiedzie, wracamy do Duszników Zdrój. Trafiamy na XIX Święto Papieru, więc idziemy pozwiedzać muzeum (wejście płatne 2zł).

Dziewczyny zostają na warsztatach, córa maluje sobie ma papierze czerpanym, a ja w tym czasie idę zwiedzić muzeum. Po jakimś czasie do mnie dołączają, już z pracami i  wspólnie je zwiedzamy.


Przyznam szczerze, że całość mnie jakoś nie porwała. Najciekawsze pewnie są pokazy jak działała produkcja papieru czerpanego, ale te są o pełnej godzinie, a nam do niej sporo brakuje. Obejrzałem też z zaciekawieniem przyrządy do pomiaru wagi, rozciągłości itp, które pan pokazywał dzieciom, a te mogły np pokręcić sprzętem do sprawdzania rozciągłości (pewnie przekręciłem nazwy, terminy, ale wspomniałem, nie do końca mnie to interesowało).
Co innego ta sala:
Przepiękna!

Idziemy jeszcze na jakieś ciacho do miasta:

Miasto otrzymało prawa miejskie w 1346r, pierwsze wzmianki pochodzą z 1324roku, choć na przełomie X i XI wieku powstała w tym miejscu drewniana warownia.
Mijamy kościół par. pw. śś. Piotra i Pawła, z XVII w. :


by w uliczce obok rynku zjeść ciacho, popić kawą i uciekać przed burzą, choć w końcu nie pada, to w tym czasie Sosnowiec i Katowice burza dosłownie zatapia (np tunel pod rondem w Katowicach).
Rynek.
Wracamy na kwaterę. No właśnie, w sumie to mieszkamy w Dusznikach Z., bo Zieleniec to jedna z części miasta. Duszniki nie mają dzielnic, są za to integralne części miasta. Nie wiem czym to się różni, ale Zieleniec należy do takiej jednej części.

Osada leży na wysokości 800-960 m npm. Ja jestem zaskoczony, bo wydawało mi się, że będzie położona w dolinie, tymczasem leży w połowie zboczy Gór Orlickich. Po wjeździe do miasta naszym oczom ukazują się żurawie, widać powstające hotele.
Trafiamy na obchody 300stu lecia Zieleńca. W piątek do późnych godzin na szczycie Esplanda trwa festyn. W sobotę mijamy pochód:



My kwaterę mamy na południowym końcu osady, obok jest stok z kolejką kanapową i z niego robię zdjęcia:
Widok na północ, najprawdopodobniej to Góry Sowie.

Schronisko Orlica i kościół św Anny z 1902r.


Nie jeżdżę na nartach ale wrażenie zrobił na mnie lepsze niż beskidzkie kurorty.
W Zieleńcu są dwa sklepy. Niestety ceny...zabójcze. Jeden mamy pod nosem, ale po dokonaniu zakupów, dłuższą chwilę dochodzimy do siebie. Za magnes, pocztówkę z papieru czerpanego, kilka serków, trzy piwa płacimy więcej niż za obiad... Przy okazji piwa. Kupuję cztery lokalne. Piwo z nazwą miejscowości jest dziwne w smaku, słabe, totalnie nie mój gust, tym razem krzykliwa etykieta nie okazała się przypadkiem ;) Na drugi dzień kupuję zwykłe piwo jasne pełne, to już jest pyszne. A butelka wygląda jak z czasów minionej epoki ;)

W niedzielę po śniadaniu i spakowaniu się postanawiamy wjechać kolejką na granicę. 
Choć z rana udaje mi się z okna złapać wschód słońca:

Wielka niecierpliwość zostaje nagrodzona ;) :

W dojście do Šerlicha przeszkadzają nam jagody:

ale po krótkim spacerze osiągamy szczyt, oraz górną stację kolejki:

Widoki marne, więc ruszamy ku schronisku:


Tam kupujemy lody i wracamy by zjechać na dół. Szkoda słabej przejżystości...


Zostało nam jeszcze jedno miejsce do zwiedzenia, a potem to w zależności od chęci. Mnie ono całkowicie zaskoczyło, może też przez nie myślałem, że Zieleniec leży w dolinie, do tego jakoś w mej głowie wyobrażałem sobie dolinę jako rozległą. Torfowisko pod Zieleńcem.
Tymczasem mijamy znów czarną beemkę i panów policjantów, po drodze również jest więcej policji, ale to pewnie związane z jakimś rajdem rowerowym. Przy przystanku zostawiamy (na parkingu) auto i zaczynamy...podejście!

 Po krótkim podejściu wychodzimy na drogę i tu robi się płasko. Właśnie to mnie zaskoczyło, że trzeba podejść pod górę...a przecież rezerwat leży na wysokości 750-770 m npm.
Dochodzimy do oznaczenia rezerwatu:

Mijamy wiatę, następnie duże mrowisko i dochodzimy do odbicia ku wieży widokowej:

Jest i wieża. Oczywiście musimy ją zdobyć:

Widoki z niej są głównie na wierzchołki drzew, widać też Zieleniec, ale pogoda kicha, światło kicha, to zdjęcia też kicha:

Wracamy następnie ku drodze, mijamy kolejne przystanki i dochodzimy do kolejnej kładki:

Oczywiście od chwili służę jako baran. Jednak las nie jest tak ciekawy jak skały, zresztą to już trzeci dzień wycieczek, dziecko już chyba ma powoli dość, a tu takie słabe atrakcje.

Choć my z żoną żałujemy, że nie jesteśmy w okresie kwitnienia wełnianki...

Ja szukam też rosiczki, ale jej nie dostrzegam, więc wracamy na drogę i ruszamy...
Ale nie w tę stronę. Droga wiedzie w kierunku Rozdroża pod Bieściem, a więc ku Górom Bystrzyckim...to w drugą stronę, innym razem wrócę w te góry.

A my wracamy. Mijamy kolorowe wody:

W tym miejscu też jest europejski podział zlewni Morza Północnego i Bałtyku. My wracamy się ku dolinie Bystrzycy Dusznickiej, której wody płyną do naszego morza, a za plecami zostawiamy wody które spłyną ku Północnemu morzu.
Dzięki tej krótkiej wycieczce odwiedzam trzy nowe pasma i co ważne dla mnie z moją rodziną. Góry Stołowe, Góry Orlickie i Góry Bystrzyckie, co prawda wycieczki nie były strasznie długie, ale na tyle się spodobały, że trzeba będzie w te góry wrócić, już może z plecakiem?
Z racji pory obiadowej, jemy go w Dusznikach Z., by po obiedzie wracać już do domu. 
I tak kończymy nasz urlop. Urlop, który do końca nie wyszedł jak planowałem, choć dzięki temu poznałem nowe tereny.

Krótkie podsumowanie.
Przejechaliśmy ok 2200 km. 
Zwiedziliśmy po części dwa kraje - Chorwację i Austrię. Mijając Słowację, oraz Słowenię.
Byliśmy w czterech nowych pasmach górskich:
- Alpach Gurktalskich wchodzących w skład Alp Noryckich
- Górach Stołowych
- Górach Orlickich
- Górach Bystrzyckich
Odbyliśmy kilka wersji zdobywania tychże gór:
- pieszo
- pieszo na barana ;)
- wjeżdżając autem
- wjeżdżając kolejką kanapową.

Urlop się udał ;)

dziękuje :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz