Od gór po morze. Od Bałtyku po Beskid Żywiecki albo urlop czyli wakacje 2026

Albo może trzeba by zatytułować, od słońca po sztorm...?
Zacznijmy jednak, nie od pogody, co od lokalizacji. 
Wakacje rozpoczynamy od szybkiego wyjazdu na bazę, w górach zostawiając zwierzaka a zabierając babcie.

Gdy zeszłej jesieni zaczynaliśmy się zastanawiać nad przyszłorocznymi wakacjami, to wiedzieliśmy jedno. Będą one w Polsce.
Wyjazd nad morze rozpoczynamy w ulewnym deszczu...no świetnie. Liczyłem, że prognozy się nie sprawdzą, ale na nasze "szczęście" sprawdziły się idealnie. Kolejna mała przeszkoda? Zablokowana A1 obok Pyrzowic - jakby nie dało się wcześniej postawić policji, musimy się wrócić i starą jedynką przez Częstochowę dotrzeć do autostrady. Leje generalnie całą drogę i dopiero pod trójmiastem przestaje padać. Gdy się rozpakowujemy w Jastrzębiej Górze nawet wychodzi słońce, więc ruszamy z niego skorzystać. Przechodzimy przez letniskową miejscowość, zjadając obiad w poleconej knajpie. Następnie ruszamy ku "Gwiazdy Północy" czyli pomnikowi oznaczającym najbardziej wysunięty punkt Polski:
z żoną

Następnie przez fajny zagajnik schodzimy na plażę i nią spacerem docieramy do Lisiego Jaru.
Na plaży wieje przeokrutnie, widać sypiący się piasek na konarze, ale podwijam spodnie, zdejmuje buty i idę mocząc stopy w morskich falach, a nogi kłują niczym igły ziarenka piasku:


Poniżej główne zejście na plażę z Jastrzębiej Góry, a po prawej wejście do Lisiego Jaru:

Lisi Jar ma długość 350 metrów i głębokość 50 metrów. Ponoć wracał nim po rozbiciu się statku Zygmunt III Waza. Piękne miejsce!

Kolejnego dnia ma być pochmurno ale bez opadów. Postanawiamy podjechać do Władysławowa i pociągiem dotrzeć na Hel. Tak też robimy. 

Na Helu znów (byliśmy tu z żoną na naszym drugim wspólnym urlopie) nie dotrzemy na sam skraj - późny wyjazd, opóźnione pociągi i zza krótka opłata za parking pozwala nam na krótki spacer po mieście.





Najważniejsze - zjedliśmy pieczone śledzie z rannego połowu (U Marchewki w Helu) - przepyszne!!!


Kolejnego dnia ma padać, ale z przerwami. W jedną z nich ruszamy nad morze. Docieramy zejściem w Rozewiu. Kolejny piękny jar!

Nad morzem ponuro...ruszamy wzdłuż betonowego falochronu, gdzie dopada nas deszcz...


Mijamy zamknięte zejście na plażę pod latarnie w Rozewiu i wspinamy się w ulewie po drewnianych schodach w stronę kwatery.

Idziemy do naszego domku, mijając wędrowne domki:


Kolejnego dnia ma być słońce, ale jakiś nadziei na kąpiel nie mamy...pan od śledzi zapowiadał, że środa to szczyt sztormu i nikt nie wypływa na połów (i jego również nie będzie). Dziewczyny idą ku zejściu, którym wczoraj wracaliśmy, a ja kieruję się ku latarniom w Rozewiu.
stara z lewej i nowa z prawej

Latarniom, bo stoją obok siebie dwie. Stara i nowa. Stara (z 1822roku) jest używana do dziś (po dwóch modernizacjach, natomiast nowa (z 1875roku) została wyłączona w 1910 roku, gdy starą latarnie wyposażoną w światło elektryczne. Mijam wycieczki i wchodzę w pięknie oświetlony słońcem las:

Przy falochronie widzę co to oznacza sztorm. Fale się naprawdę sporę i widać tą ich szaleńczą moc:

Piękny kolor wody - biel z zielenią:

Rozbijam parawan, kiedy dzwoni żona - musiały się wrócić, bo woda zalewała całą plażę i nie dało się przejść suchą nogą.
Chwilę się nawet "opalam", co zapewne przyśpiesza przeziębienie, jakie mnie zacznie popołudniu męczyć...
Plażujemy, spacerujemy. Ja ruszam również na łowy ptactwa. 

Z lewej mewa śmieszka w godowej czapce, z prawej młoda mewa srebrzysta:

Widoczne zabudowania portowe Władysławowa:

Po obiedzie czuję ból gardła. Zaczynam smarkać. Kolejne dwa dni próbuję się wykurować leżąc w łóżku, gdy dziewczyny korzystają z słonecznej pogody, choć w czwartek morze ma jeszcze większe fale. W sobotę wracamy do domu, przepakowujemy się i w niedzielę, znów w deszczu ruszamy w góry.
W poniedziałek idę do lekarza, bo ból przy kaszlu jest nieznośny. Lekarstwa powoli zaczynają działać...
Widząc fajne chmury postanawiamy z żoną w poniedziałek pojechać na zachód słońca na Jureczkę, to widok z Kubiesówki na wspomniany przysiółek:

Z łąk nad domostwami obserwujemy zachodzące słońce. 

Póki co słońce chowa się za chmurami:

by po chwili wyjrzeć:

po kolejnych kilku minutach, gdy jest już nisko nad horyzontem, znów chmury je próbują zakryć:


Trwa teatr!









i...koniec.

Kolejnego dnia leje. Następnego dnia również pogoda w kratę - raz deszcz, następnie znów deszcz 😉
W czwartek postanawiam uderzyć w góry. Jest parno. Wstajemy późno i ruszamy również późno. Dojeżdżamy na miejsce i ruszamy do góry.


Na łąkach dostrzegam kunę, która przebiega przez drogę i ucieka w zarośla. Oczywiście nie zdążyłem nawet podnieść aparatu...młodości mówię by szedł przodem. Po chwili jednak go przeganiam, po czym po ok 200 metrów podejścia, młodzież zatrzymuję się. Po kilku minutach i namowach postanawiam zrobić wycof. Duchota nas pokonała... 

Ostatnie zdjęcie...

Następnego dnia wieczorem podjeżdżamy z żoną na Kubiesówkę, skąd ruszamy na krótki spacer. Szlakiem ku Krawculi.

Krótki spacer zmienia się w nieco dłuższy. Docieramy na małą przełęcz za szczytem Glinki.

Widać stąd, niemrawo, ale jednak widać Tatry:


I Pilsko, i schronisko na Hali Boraczej:


Zbieramy też pierwsze grzyby, ja łapię w kadrach jakiegoś mieczyka:

Robi się coraz mroczniej my idziemy dość cicho, więc w pewnym momencie płoszymy trzy jelenie. Podchodzę cicho do zbocza, ale przez gałęzie dostrzegam tylko nogi i tułów:

Za to przy samochodzie, dwa, trzy metry obok nas patrzy na nas koziołek. Oczywiście zanim zmienię obiektyw, to się odwraca i spokojnie odchodzi. Więc powoli ruszam za nim. Pasie się parę metrów obok i ma nas w nosie. Odwraca się i wtedy udaje mi się go upolować:

Czas wrócić do domu.

Zjeżdżając mijamy kilku plecakowiczów, mozolnie podchodzących z Glinki. Jest ok 21, więc jeśli idą na Krawców, to mają jeszcze z godzinę marszu, już z czołówkami...
A w nocy próbuję złapać błyskawicę, ale burza gdzieś wokół krąży i...średnio się udaje:

Ostatnie dni znów pada. 


W sobotę jeszcze popołudniu wychodzi słońce, więc postanawiam podjechać na Słowacje do potravin. Po zakupach, podjeżdżamy jeszcze na grzbiet. Pilsko za chmurami, Babiej w ogóle nie widać.

Ładnie mają nasi sąsiedzi, ładnie. Trzeba będzie tu kiedyś się przejść.


Po chwili widać zarówno Pilsko jak i Babią:

Zjeżdżając z Przełęczy Glinka zatrzymuję się na sekundę:

Dzień kończy się całkiem ładnym zachodem, a raczej pozachodem, bo z naszej kwatery zachodzącego słońca nie widać:


I tak urlop się nam kończy...

Jak bardzo nam się nie udał urlop? No tragicznie...tak żartowaliśmy. Ale cóż, kolejny pobyt nad Bałtykiem nas bardziej wyziębił, niż wygrzał, więcej padało...a przynajmniej tak nam się wydaje.
Cóż - teraz zachodzi pytanie - co za rok? Deszcz i chłód w Polsce? Czy upały na południu Europy?

Komentarze