czwartek, 30 lipca 2020

Niski Beskid, ale w Sudetach i polskie Toledo na koniec 😉

Za szybą mijają kolejne kilometry, a za mną budzi się dzień, a przede mną przygoda. Tak najczęściej wyglądają moje wycieczki, jednak nie tym razem 😉 Zgadza się tylko kierunek, w którym jadę, jednak wschód już dawno minął...wpływ na to miało na pewno wczorajsze zejście, a raczej zbiegnięcie z Kudłaczy, ucieczka przed strzyżakami, które nas masowo atakowały i bolące mięśnie nóg, oraz kolega, z którym się wybraliśmy na wycieczkę. Nie chciałem go w środku nocy wyrywać ze snu 😉
Gdzie jedziemy?

Gdy rok temu odwiedziłem Góry Złote (albo jak niektórzy zwą ten fragment - Góry Bialskie)
nazywając relację odwiedzinami w Sudeckich Bieszczadach, to zwrócono uwagę, że z wyglądu faktycznie nie ma w tych pasmach podobieństw. Brak przecież "połonin". Że są inne bardziej pasujące do porównania, równie puste co rejon Gór Bialskich, czyli południowa część G. Złotych. 
Więc gdy okazuję się, że poniedziałek żona musi być w pracy, wspominam w pracy koledze, że chyba pojadę w Sudety poszukać przestrzeni. Artur chwilę się zastanawia i w sumie od razu zaczynamy oglądać mapy, myśleć nad trasą, by chwilę po 6tej w poniedziałek wyruszyć w nieznane. 
Podobnie jak w dzień wcześniej, gdy z żoną odwiedziłem pasmo Lubomira, z auta wychodzimy dość późno, bo prawie o 10tej. 
Auto zostawiamy pod dworcem kolejowym, bardzo ładnym i ruszamy. Pamiątkowe, obowiązkowe zdjęcie 😉 :

i ruszamy.
Jesteśmy w Górach Bystrzyckich. Rok temu je, dosłownie liznąłem z rodziną, gdy zwiedzaliśmy Góry Stołowe, spaliśmy w Zieleńcu i na koniec podjechaliśmy do torfowiska w Zieleńcu ( relacja ). 
Na ten rok planowałem wycieczkę min dwu dniową, po północnej części tego pasma, jednak plany się w tym roku zmieniają, w między czasie na forum sudeckim znalazłem relację, która mnie zainspirowała, więc... Przechodzimy przez tory i przy zabudowaniach skręcamy żółtym szlakiem. Od początku szlak łagodnie się wspina, znów jest upalnie, do tego za nami, nad Śnieżnikiem gromadzą się chmury. Ale prognozy pokazywały, że burze już za nami, więc idziemy poznawać nowe widoki.
Szlak po chwili wprowadza nas do lasu, w którym...znowu się zaczyna! Znów nas atakują te dziady, strzyżaki. Nawet jakaś chemia, którą kolega ma, nie pomaga. Wrrrr.

Po chwili po zejściu gubimy szlak, no cóż wycinka, więc i dróg więcej niż na mapach, no i trzech pasków na drzewach nie ma. Kolejne podejście i na łące znowu szlak znika, ale idziemy ścieżką, na mapach turystycznych ta ścieżka, to właśnie szlak, w terenie jednak oznaczeń nie ma. Z lewej otwiera się piękna panorama na Rów Górnej Nysy, w którym to leży Międzylesie (niem. Mittelwalde), miasto, z którego rozpoczynaliśmy wycieczkę, oraz piętrzące się za obniżeniem pasmo Śnieżnika. Na polach bele siana leżą, jest pięknie. To tu spotykamy pierwszych, nie licznych turystów.
Tu w tej dolince, słyszymy dalekie grzmoty...nad nami błękit, ale zza drzew od wschodu kłębią się chmury.
Mijamy kapliczkę i drogą ruszamy dalej, by dosłownie po chwili zrobić przerwę. Czas się napić, oraz co ważniejsze, popodziwiać widoki. Oraz kłębiące się chmury nad szczytami. Błysków na szczęście nie widać, ale i tak nie chciałbym być dziś na Śnieżniku.
Panorama na Pasmo Śnieżnika. Widok z pól wsi Kamieńczyk.

...i bliższe spojrzenie na mieniące się pola leżące między alejami drzew.

Pod drzewami ktoś sobie wybudował pensjonat, z ładnym widokiem. Wita nas tu pies, który niejako prowadzi nas pod kościół w Kamieńczyku. Kościół zbudowano w 1710 roku przez mieszkańców wsi wyznania ewangelickiego. Niestety, jest zamknięty...oglądamy więc go z zewnątrz, oraz przez płot zaglądamy na stary cmentarz.

Po drugiej stronie drogi, są wiaty, jest boisko. Ruszamy dalej. Widoki są wyborne!

Teraz musimy podejść kawałek asfaltem. Wpierw schodzimy do drogi, by po chwili podejść na przejście graniczne. W słońcu, wyciska ono z nas sporo potu i sił, więc poza podziwianiem, nawadniamy się, zjadamy po bułce, nawiązujemy kontakt, ze światem. I jeszcze podziwiamy, bo jest co podziwiać!

No ale czas ruszać. Czekam na Artura na szlaku, on czeka na mnie przy drodze...i tak mija z kilkanaście minut. Dopiero po chwili wołam go i okazuję się, że oboje na siebie czekamy 😂 .
Przechodzimy przez mały lasek i...znowu widoki. My znów robimy zdjęcia, znowu podziwiamy. Tu mamy pierwszy dylemat. Szlak żółty odbija na łąki, zielony idzie lasem. Postanawiamy iść jak pierwotnie zaplanowaliśmy. Szlakiem zielonym. Po wejściu w las...znowu atakują strzyżaki. Więc marsz przyśpiesza, dopiero ruiny barokowej kaplicy nas na chwilę zatrzymują.



Kaplica ta, z XVIII w, to nieliczne pozostałości po wsi, Czerwony Strumień (niem. Rothflössel ), która została zburzona po II WŚ. A wieś ta była całkiem spora, bo 1885 roku liczyła 139 mieszkańców, posiadała gospodę, tkalnie lnu i bawełny, a nawet w XIX w browar. 
Krzyż z przed kaplicy, został przeniesiony pod kościół w Kamieńczyku.

Ruszamy dalej. Przeglądając zdjęcia, przeczytałem również tablicę informacyjną przy rozejściu się szlaków i dziś żałuję, że nie poszliśmy dalej szlakiem zielonym, że nie poszukaliśmy pozostałości po wsi...ale szlak jest zarośnięty, dziki. Obawa przed kleszczami jednak zwyciężyła. Z drugiej strony...dzięki temu, aby dojść do szlaku żółtego idziemy przez morza traw, które niesamowicie kołyszą się na wietrze...jest przepięknie! Jest tak jak uwielbiam w górach! 
Okwiecone łąki...

...oraz łany traw do przejścia, a za nami szczyty Orlickich Gór, już w Czechach.

Doszliśmy do szutrowej drogi, którą wiedzie szlak. Akurat przy słupie, który wydaje mi się, że to zegar słoneczny (?) może był? Jak ktoś wie, proszę o objaśnienie 😊.
Tu odpalam mojego bzyka, kręcimy kilka filmików (film Artur gdy zmontuję z naszych wspólnych ujęć, to wrzucę na blogu link do niego).
Widoki z bzyka 😉 czyżby to tu były ruiny Esbaude, czyli ośrodka rehabilitacyjnego SS.

Teraz wchodzimy w las, idąc drogą szutrową. Artur wpadł w szał i swoim sprzętem kręci prawie wszystko 😆:

Oczywiście, to bardzo dobrze, bo na blogu nowa forma pamiątki. 
Tymczasem dochodzimy do skrzyżowania dróg szutrowych, przy którym znajduje się wiata. Oczywiście informację o covidzie wiszą, ale co lepsze, obok stoi słup z informacją, żeby pozostawić to miejsce w stanie lepszym niż się zastało, z zachętą do skorzystanie z niej. Super! Są w niej ławki, stoły, przy deszczu od biedy się można by schronić. Brak wody jedynie w pobliżu...
Więc zachęceni, korzystamy z paleniska i zjadamy kiełbaski jakie Artur zabrał na wycieczkę. No taki kompan to jest to! 

Autor.

Artur.

Pojedli, popili, to mogą iść dalej. Zaraz, no właśnie. Upał jaki panuje, powoduje, że woda zaczyna nam znikać w bardzo szybkim tempie. Marzy nam się sklep. Ruszamy więc ku kolejnej wsi, na naszej trasie.
Którą obserwujemy z góry:


Sklepu na pewno nie uświadczymy, ale na tą górę, którą widać na powyższym zdjęciu widać, wejdziemy. Tylko, trzeba tam dojść, bzyk doleciał na skróty... Przy drodze ścięte drzewa leżą zamaskowane siatką taktyczną...która okazuję, że jest nasączona chemią. Całkiem przyjemnie się maszeruje, tylko zaczynamy powoli racjonować wodę. Jeszcze też zwracamy uwagę nie tylko na dalsze widoki, ale również to co się dzieje obok nas:

Dochodzimy do drogi, to autostrada sudecka, biegnąca z Międzylesia do Lesicy, do której musimy zejść. W planach było obejrzenie kościoła, jednak stwierdzamy, że odkładamy go na inny raz. Mijamy gospodarstwo, obok którego ktoś kosił trawy (wcześniej na zdjęciu), obok którego stoi stary krzyż z napisem po niemiecku i chwilę później odbijamy w stronę góry o ciekawej wysokości, Dębowiec (666 m npm). Mijamy stare, zapadające się gospodarstwo i wzdłuż elektrycznego pastucha powoli wędrujemy coraz wyżej. 



To tu stwierdzam, że ten kawałek tego pasma, który przeszliśmy, to taka mieszanka skojarzeń z biesami i Niskim Beskidem. Jest poniedziałek, więc nie dziwi nas pustka na szlaku, ale mnie osobiście bardzo cieszy. Im wyżej podchodzimy, tym jest...ładniej! Piękniej! Zobaczcie sami:


Gdy w końcu dochodzimy do drogi, gdzie szlak skręca na zachód w kierunku szczytu Czerniec, który już jest zalesiony i gdzie mieliśmy iść, my jednak odbijamy w drugą stronę i powoli rozpoczynamy powrót. Idąc garbem, znowu podziwiamy panoramę, jak i okwiecone łąki, a droga tworzy ciekawy temat do zdjęć.



Mijamy kamienny słupek z datą 1770 i zbliżamy się ku lasu. Przy którym stoi szopa, w której na piętrze jest słoma. Oglądam się i podziwiam widok zalesionych, wyższych szczytów gór Bystrzyckich, za drzewami widać było wieżę widokową nad lasem, więc zgaduję, że to może być najwyższy szczyt pasma, Jagodna:

Teraz pozostało nam dojść do autostrady sudeckiej, tu z gładkim asfaltem i powolny powrót. Zaczyna się marsz z bólem. Bolą stopy, pić się chce, a wody ledwo co. Mija nas kilka aut, para turystów, aż w końcu Artur przystaje i każe mi zamilknąć (czemu tak późno 😅 ), obok słychać szum...wody. Od razu schodzę do potoku, do pustej butelki nabieram wody i piję...jakże przyjemnie napić się chłodnej wody.
Artur, widząc, że nie padam rażony, dołącza do mnie. 
Pokrzepieni ruszamy dalej w dół. Obok w lesie mijamy tor zjazdowy dla rowerów, wijący się między drzewami. Mijamy auto, na które ładowane jest ścięte drzewo i w końcu jest! Widać zabudowania dworca PKP:

Po chwili w końcu jesteśmy pod autem, ja z wielką radością zmieniam buty na sandały i ruszamy do domu.
Choć, znowu nie tak szybko. Wpierw zatrzymuję się pod kościołem, zbudowanym w 1899roku jako kościół ewangelicki. Robię zdjęcie i jedziemy do centrum miasta.
Tam szukamy sklepu, żeby coś kupić do picia, coś zimnego do zjedzenia i przechodzimy się chwilę po rynku. Podchodzimy pod zamek, zaglądamy do kościoła który stoi tuż obok zamku. I po chwili ruszamy w drogę.
Kościół św. Jana Pawła II w Międzylesiu.
Kościół w latach 1945-2005 służyła jako...magazyn (między innymi).

Kolumna Maryjna na placu Wolności. Z roku 1698 roku.

Zamek z 1370 roku, oczywiście to już po zburzeniu i odbudowie.

Wnętrze kościoła p.w. Bożego Ciała - obecna postać kościoła to wynik z roku 1676 roku, a pierwszy kościół stanął w roku 1350, zburzony1595 i kilka lat później odbudowany. 

Kolejny przystanek i mały spacer robimy w polskim Toledo. Tak wiem, nie przypomina to miast hiszpańskich, bardziej włoskie, ale nigdy nie będąc we wspomnianych miastach, skojarzyłem widok z piosenką Na Bani... Podziwiamy Bystrzycę Kłodzką!



Piękne miasto, założone w XIII dla osadników niemieckich w miejscu osady czeskiej z XI w (bądź w pobliżu), moim zdaniem o niesamowitym potencjale...jest niesamowicie zaniedbane. Brak wskazówek kierujących nad most, z którego pięknie się prezentują dachy kamienic. Na rynku czuć klimat czasów jeszcze z poprzedniej epoki. 
Wiem jedno, zamierzam do niego wrócić!
Tu link do zdjęć z tych dwóch miast. 
Po powrocie do auta, zmierzamy już prosto do domu, zjadając jeszcze obiad w knajpce przy tamie zbiornika Otmuchowskiego.
Podsumowując. Trasa niedługa, bo ok 18-19km, z niewielkimi przewyższeniami ( ok 530metrów), z najwyższym punktem o wysokości 725m npm, dała nam niesamowitą fajdę. Góry Bystrzyckie w tej części są niesamowicie widokowe, mają wiele pięknych i ciekawych miejsc. Ja wiem, że muszę tu wrócić!

I tak dobiegł koniec. Dziękuje :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza