Oczka w lesie - na Pogórzu Wielickim.

Tradycyjnie, jak co roku, na początku marca, a w tym roku, pod koniec lutego, gdy tylko zaczyna robić się cieplej (o znikającym śniegu, to nawet nie wspominam, już nie pamiętam, kiedy pod koniec lutego w mieście był śnieg...), ruszamy szukać, trochę naiwnie, wiosny. Naiwnie, bo przecież marzec to po listopadzie najbardziej ponury miesiąc roku. Jednak na niedzielę, miałem plany, by jeszcze poszukać w górach zimy, gdy w czwartek wybucha wojna...akurat pracuję w nocy, gdy nad ranem dochodzą tragiczne wiadomości o ataku rakietowym...tracę całkowicie ochotę na...prawie wszystko. Ja wiem, że na świecie w wielu miejscach trwają różne zatargi, większe wojny, jednak gdy to się dzieje tuż obok...po prostu tracę ochoty na jakiekolwiek rozrywki. Później jednak na tyle te wieści zaczynają przytłaczać, że myślę, by może się jednak gdzieś wyciszyć. Więc w sobotę, postanawiamy, że jak pewna sprawa się uda, to gdzieś jednak może pojedziemy, ale w gronie rodzinnym. Niedziela z rana budzi nas telefon - po nim, wiemy, że jedziemy.

Dosypiamy jeszcze godzinę, w końcu ja się zrywam, zaczynam się krzątać, budząc po kolei moje dziewczyny i sporo po dziesiątej ruszamy w drogę.
Na góry, zapchane szlaki nie mam/y ochoty. Więc wyciągam z planów odwiedziny na Pogórze. 
Kiedy trzy lata temu, zaczęliśmy wdrażać do wędrówek córkę, to gdy szukałem jakiegoś lżejszego szlaku w górach...nie...inaczej to muszę opowiedzieć.
Jadąc pierwszy raz w Beskid Niski, przejeżdżałem przez Zakliczyn i wtedy zwróciłem uwagę, że całkiem ładne to okolice, choć góry niewysokie. Góry, bo jadąc autem, obrałem wzgórza ciągnące się wzdłuż drogi Zakliczyn - Biecz, za początek Beskidu Niskiego. No to po powrocie zasiadłem, do sprawdzenia, czy są tam szlaki, jakie to góry itd. No i zainteresowały mnie te tereny, gdy zobaczyłem, że są tam bacówki (Jamna i Brzanka), no to wpisałem sobie je w plany, by rok później, na pierwszą wycieczkę z dzieckiem pojechać właśnie w Pogórze Rożnowskie, a dokładnie na południe od Zakliczyna, do Jamnej, gdzie bardzo szybko wróciliśmy, bo już po dwóch miesiącach (pierwsza i druga wycieczka na Pogórzu, podczas drugiej też odwiedziliśmy sam Zakliczyn). 
Miejsca wytypowane, trasy spisane, ale mijają kolejne miesiące, a z różnych powodów, te krainy pomijałem. I właśnie to tereny kolejnego Pogórza wybraliśmy na wyciszający spacer. 
W Zatorze skręcamy z drogi, którą bardzo znamy, prowadzącej do Wadowic i kierujemy się na Kraków, by jednak po dosłownie trzech kilometrach zjechać w podrzędną drogę, która mnie od razu się podoba, bo wspina się na wzgórza, dodatkowo wijąc się, niestety ale przez to też, po chwili musimy się zatrzymać i zrobić małą przerwę. Jednak kwadrans później, parkujemy koło cmentarza w Witanowicach i ruszamy już pieszo dalej pod górę. Na szczycie wzgórza przy kapliczce na drzewie, zanim skręcimy w polną drogę, to oglądamy się za siebie, patrząc na widoki i...dziwną bryłę kościoła...

Za sobą zostawiamy asfalt, domostwa, trochę zazdroszcząc sporych parceli, oraz widoków. Starając się niw wpaść w błoto dochodzimy do lasu, mijając wieżę przekaźnikową (zdjęcie tytułowe), oraz pierwsze oznaki wiosny. Zieleniące się kwiatostany leszczyny, pierwsze pąki na gałęziach, oraz bazie. Na drzewo przylatuje sójka, gdzieś nad lasem krążą trzy jakieś wielkie drapieżne ptaszory, z lasu dochodzą kolejne ptasie krzyki, a gdy do tego wszystkiego świeci słońce (choć aż tak ciepło jeszcze nie jest), to humory nam się poprawiają, bo wszelkie znaki mówią, wiosna tuż, tuż. 



Wspominałem też, że są tu przyzwoite widoki, jednak gdy mijamy pierwsze zarośla, za którymi wychodzimy na rozległą polanę, to tu dopiero te widoki robią wrażenie! 
Widać stąd płaszczyznę Pogórza Śląskiego, na skraju której leżą widoczne Wadowice, oraz szczyty Beskidu Małego:

Pogórza, czyli tereny leżące pod górami, mogą być pagórkowate, lub jak widoczna na zdjęciu powyżej, płaskie, z wierzchowiną (na zdjęciu wyżej po prawej). My dziś, jednak trochę się po wspinamy, co mamy okazję się przekonać, gdy się odwracamy:

Więc jeszcze rzut okiem, w kierunku gór, pod słońce...

...i wkraczamy w las. Idąc nim, musimy zmierzyć się z najgorszą zmorą przedwiośnia - z błotem. Wcześniej udało się je obejść, idąc skrajem pola, tu czasem błoto zalega, na całej szerokości leśnej drogi. Na rozdrożu, słyszymy kolejną zmorę, tylko, że lasów i gór, czyli ryk silników quadów i crossów. Choć póki w takich lasach jeżdżą one po drogach, nie zjeżdżają z duktów leśnych, to niech im będzie (choć jestem świadom, że i tak łamią przepisy, bo do lasów nie wolno wjeżdżać pojazdami, zgodnie z art. 29 ustawy o lasach). 
Chwilę pośmierdziało, ryk silników też szybko ucichł, więc podążamy w kierunku atrakcji, którą dziś jest naszym głównym celem. 

Mimo, że przedwiośnie, to okres bury, tu można jednak spotkać trochę kolorów. A to liście pozostałe z jesieni, w kolorach brązopomarańczowych, a to zieleniejący pieniek porośnięty mchem, czy też rosnący świerk, którego zieleń wśród buczyn mocno kontrastuje...no i przy okazji, czyż to nie widok górski?


Las zaczyna żyć, śpiewy, skrzeki ptasie to świetna muzyka. Mijamy szczyt wzgórza, którym będziemy wracali i leśną aleją docieramy do...utwardzonej drogi. Choć, z już mocno podniszczonym asfaltem.


Przy drodze z zaparkowanego auta, a wysiada starsze małżeństwo, pan widząc nas, podchodzi, wita się i pyta, czy nie wiemy, którędy dojść do leśnych stawów, które wypatrzył na mapie. Pokazuje mu na mapie w telefonie, że aby dojść do nich, trzeba jeszcze z pół kilometra pójść i potem odbić. Bo właśnie to one są naszym celem. Ruszamy dalej, a państwo za nami podążają. Dowiaduję się, że kawałek dalej są też jeszcze inne oczka leśne, ale zarośnięte, nasz cel zaś, jest dobrze widoczny na zdjęciach satelitarnych. Schodzimy drogą w dół, wśród lasów bukowych, stwierdzamy z córą, że trzeba tu jesienią wrócić. Na granicy lasu, stoją gospodarstwa, oraz mały domek, chyba letniskowy, malutki ale sympatycznie się prezentujący. Obszczekuje nas tu psiak, a pan za nami dopytuje jak dojść do owych interesujących stawów. 

Na mapach, tą drogą, którą od chwili podążamy, wiedzie żółty Szlak, im podporucznika "Tomo", chłopaka z Babic (czyli wsi, do której trzeba byłoby zjechać, tam, gdzie my zeszliśmy z asfaltu), który służył w czasie II WŚ, w oddziałach partyzanckich...słoweńskich! (Więcej informacji tu). Śladów szlaku nie spotkaliśmy, pierwotnie w moich planach było maszerowanie nim dalej, jednak dziś, skręcamy, kierując się ku leśnym stawom. Zaczyna się przedzieranie przez błoto, łapią nas za nogi pnącza, aż w końcu błoto zdaje się nas dalej nie puścić. Co właśnie moja ukochana żona pokazuje:

Jednak udaje się nam w końcu odnaleźć leśne stawiki, które chyba nie powstały naturalnie...

Woda ma niesamowitą, zieloną barwę...oczywiście, zanim staruję dronem, słońce znika za chmurami, a w samym momencie startu, zaczyna padać śnieg. Na szczęście, poza zanikiem słońca, pogoda więcej się nie psuje.

Pan od psiaka, mówił, by trzymać się brzóz, to się dojdzie do stawów:

Robimy sobie zdjęcie:

ja nagrywam jeszcze trochę materiału z góry by chwilę po pożegnaniu się z państwem, ruszyć za nimi, w kierunku zaparkowanego auta.
Trochę zeszliśmy w dół, to teraz trzeba się wydrapać na górę. A wcale łatwo nie ma...

Po krótkiej wspinaczce, wdrapujemy się na szczyt wzniesienia (434 m), końcówkę idąc przez las...

...by wyjść, praktycznie zaraz obok tego skrzyżowania leśnych dróg, na których mijaliśmy smrodzące maszyny. 
Gdy tak idziemy lasem, widzę, że przez zasłonięte gęstymi chmurami słońce, na południu chyba zrobiło się widokowo, więc zanim ruszymy zobaczyć widoki na północ, odbijam na polanę, którą podchodziliśmy i przez chwilę podziwiamy widoki...

a chmury, promienie słońca dodają, nieco mrocznego, ale jednak uroku:



Na północ, widoki marniejsze, między innymi przez rosnące drzewa, choć same polanki bardzo fajne, a na skraju lasu, ktoś ma przyczepę kempingową. Już sobie wyobrażam, wyjść rano z kawą w ręce i patrzeć na te widoki, które są na powyższych zdjęciach. 
To jeszcze z kronikarskiego obowiązku, widok na północ:


I skręcamy w las, by dość szybko dojść, obok wieży, którą mijaliśmy przed południem. W lesie mijamy paśnik, po drugiej stronie ambony dwie, a przed zamykaną, miejsce, okręg wyczyszczony z liści, czyżby miejsce dokarmiania zwierząt pod tą ambonę?
Gdy wychodzimy pod lasem, to widzimy, że pogoda się zmienia na gorsze...

Niemniej w lesie żona odczytuje pozytywne informacje, część wojsk rosyjskich odmawia ataku na Ukrainę, Czesi w końcu również dołączają do Polaków i Szwedów z oświadczeniem, że nie zamierzają grać z bandytami!
Jeszcze spojrzenie wiloplanowe na Babią...

i wspólne zdjęcie...

i schodzimy po chwili do auta.
Krótki spacer, z całkiem przyjemną pogodą, dobiega końca. Niby tylko sześć kilometrów, ale nieco ponad 200metrów przewyższeń zrobione.
Ps. Żona musiała trzy razy pozować, aby ukazać, że błoto nas nie puści.
Ps2. Rzut oka na ukształtowanie terenu, po którym chodziliśmy:




I najważniejsze.
Oby jak najszybciej skończyła się wojna...


Komentarze

  1. Piękne tereny a zdjęcia wielce kameralne, dziękować! Oby sezon wiosenny był łaskawszy, już mnie tęskno za takim klimatem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziękował.
      Tymczasem drugi dzień z rzędu i temperatury zimowe wróciły...
      Liczę, że jak najszybciej nadejdzie ciepło :)

      Usuń

Prześlij komentarz