Ferie objazdowo od Jeleniej aż po Niemcy

Albo od Niemiec po Jelenią, bo pierwszą wycieczką poza Świeradów były właśnie Niemcy, a dokładnie Görlitz. Planów na zwiedzanie podczas tych ferii mieliśmy kilka, wszystkie oczywiście miały być korygowane pod pogodę. Jednym z miejsc jakie chcieliśmy zobaczyć było Görlitz, wycieczka do Czech oraz zwiedzenie kilku miejsc w Polsce. 

Po zwiedzeniu Świeradowa-Zdrój, kolejnego dnia znów miało padać, więc stwierdziliśmy, że ruszymy zatem na zachód. Do Niemiec. Rano auto znów przysypane śniegiem. Szybkie odśnieżanie i...ruszamy.
Nawigacja pokierowała nas poprzez Czerniawę-Zdrój, obecnie dzielnicę Świeradowa na Czechy. 

Takie zimy to jest to! Ale jest też ślisko. Dość szybko widzimy tego efekt - w rowie leży auto, lawetą próbują wyciągnąć je, ale jest po porostu za ślisko, a rów dość głęboki. Koła się ślizgają, więc facet odpuszcza i zjeżdża na bok drogi puszczając ruch.

Niecałe trzy kilometry dalej, na skrzyżowaniu w Ulicku golf (ze zdjęcia wyżej) przed nami, mimo, iż jedzie dość wolno to na łuku/skrzyżowaniu leci na wprost, na płot zamiast skręcać w lewo. Jakoś udało mu się nie wylecieć, ale próba ruszenia się nie udaje. Stoi w miejscu. Niepotrzebnie zwolniłem, chcąc dać mu szansę by się wykopał i wytraciłem prędkość, omijam go i próbuje przyśpieszyć i...na wzniesienie ledwo wjeżdżam. Auto ledwo, ledwo się wspina (choć jeszcze nie wyłączałem jeszcze ESP), powoli ale w końcu udaje się wyjechać. Granicę polsko-czeską mijamy powolutku. W Czechach droga jest bardziej mokra niż śliska, więc jedzie się nieco szybciej. Przejeżdżamy przez Nowe Miasto pod Smrekiem i potem wśród białych pół kierujemy się na Frýdlant. Na drogach pusto i jedzie się przyjemnie, tu droga jest już odśnieżona. W Frydlancie skręcamy w prawo i po kilku minutach dojeżdżamy do jakiegoś małego miasta. Na nawigacji widzę polskie nazwy ulic, myślę ki diabeł - no bo chyba w Czechach nie ma ulicy Kopernika? Coś mi się pokićkało, że dojedziemy do Niemiec, a my tymczasem przecięliśmy czeski worek jaki się tu wrzyna w nasz kraj. Zawidów wygląda jakby było to miasto na końcu świata. Zaniedbane domy, odpadający tynk, a efekt pewnie potęguje szarość jaka dziś panuje. Żeby nie było - Nowe Miasto pod Smerkiem wcale dużo lepiej nie wyglądało...ale oba miasta z miłą chęcią bym poznał, ale może przy bardziej sprzyjającej pogodzie, a na pewno cieplejszej temperaturze.
Teraz pozostało parę kilometrów jazdy polami by odbić na Radomierzyce, gdzie chcę przekroczyć granicę z Niemcami. Jest tu mniejsze przejście graniczne i spodziewam się (po lekturze bloga Pudelka), że nie będzie tu dużej kolejki. Przed nami jadą dwie ciężarówki, szykujemy dokumenty, ale pogranicznicy stojący w budce tylko kiwają nam głową - tak oto wjechaliśmy do Niemiec po raz pierwszy rodzinnie, ja jestem w tym kraju drugi raz (pierwszy to wizyta podczas praktyk studenckich w Heringsdorfie, dokąd dopłynęliśmy z Świnoujścia promem).
Dojeżdżamy do miasta i zaczyna mi szwankować nawigacja, a ja miałem na miejscu szukać parkingu. Mijamy Dworzec kolejowy (niezła bryła budynku!) i kręcę się ulicami między kamienicami, które mi przypominają budowle z okresu międzywojennego, a raczej coś w stylu hotelów z Prory...parkingu. Widzę w ulicy wolne miejsca. Wysiadam opłacić i widzę opis, że to tylko dla mieszkańców. Szukamy dalej parkingu i w końcu po chwili krążenia ulicami docieramy na Elisabethplatz. Jest parking - szukamy drobnych i za 3 euro mamy prawie 2 godziny na zwiedzanie.

Szybki rys historyczny - pierwsza wzmianka pochodzi z 1071 roku. Jedno z niewielu miast niezniszczonych podczas II WŚ. Po wojnie miasto zostało podzielone granicą na Nysie Łużyckiej - część wschodnia została wcielona w ziemie Polskie jako Zgorzelec. Miasto liczy nieco ponad 55 tys mieszkańców.
Krążymy po pustym mieście, po pustych ulicach. Pogoda nie rozpieszcza, więc nic dziwnego. Dochodzimy do widocznej dzwonnicy i mijamy kolejny plac - Marienplatz, następnie mijamy dom handlowy Kaufhaus:

oglądając pobieżnie Kościół Marii Panny. 
Szwendamy się bez celu. Przy okazji drogi w mieście to takie sobie mają ci Niemcy...całkiem wyboiste i dziurawe.
W pewnym momencie łapie nas mocna śnieżyca:


i dziewczyny zarządzają odwrót. Jeszcze wizyta w Aldi po jakieś pieczywo, ja biorę puszkę jakiegoś piwa i wracamy do auta.

Mijamy Wilhelmsplatz, Postplatz i już jesteśmy na tym 'naszym' Elisabethplatzu. Wsiadamy do auta i wracamy, już bez przygód do hotelu.

Mieliśmy w planach za jednym zamachem w ten dzień zrobić odwiedziny w Libercu w Czechach, ale zgodnie wszyscy stwierdzamy, że w taką pogodę nie warto...i podobnie jak z Jelenią, odpuszczamy. Finalnie ten Liberec to będzie jedyne miejsce, które było zaplanowane, a w które nie dojechaliśmy.

Kolejnego dnia od rana świeci słońce, więc zgodnie z planem ruszamy w góry - o tym będzie kolejny post. Wieczorem za to, po kolacji jedziemy przejść się po Szklarskiej Porębie.
Bardzo podoba się nam droga, łącząca te dwa miasta. Jest ciemno, droga biała, a oświetlany światłami naszego samochodu las przypomina mi znów, Alaskę? Ruchu prawie nie ma, więc dojeżdżamy szybko pod Dworzec PKP Szklarska Poręba Górna, gdzie zostawiamy auto a my ruszamy na spacer.

Widać dobrze stok na Szrenicę:

Pierwsze wzmianki o Szklarskiej Porębie pochodzą z lat 1366-1372 i mówiły, że huta stała już tu dawno (stała w Dolnej Szklarskiej Porębie). W późniejszych latach huty zaczęły powstawać/wędrować coraz wyżej a na szklarskich polanach powstawały osady, w XIX wieku osad było 26 z 366 domami, przez co była to jedna z większych wsi sudeckich. Polską nazwę ustalono w 1946 roku, a prawa miejskie uzyskała w 1959 roku.
Dla mnie to taka mniejsza wersja Zakopanego. Z całą jego brzydotą, kiczem. Budy z dziadostwem? Są. Oscypki - a jakże można tu kupić. Ba, stoi nawet jeszcze udekorowana choinka - a mamy drugą połowę lutego. 


Jest zimno, więc szukamy jakiejś knajpki by się zagrzać.
Po herbacie robimy jeszcze mały spacer, oglądamy kilka ładnych budynków, po czym wracamy do auta.



Nie ukrywam, że czytałem o betonozie jaka opanowała Szklarską. O tandecie zalewającej to miasto wiedziałem, ale i tak się rozczarowałem. Szkoda, bo do dziś mi utkwiła droga, którą się wjeżdża do miasta od północy - pięknie się wije wzdłuż Kamiennej, z pięknym lasem, pełnym wielkich kamieni...i kiedyś to miasto wydawało mi się ładne...

W piątek, ostatni pełny dzień postanawiamy odwiedzić dwa miejsca. Jelenią Górę, oraz Zamek Czocha. Pytanie które miejsce pierwsze?
Ruszając skręcam ku Szklarskiej - czyli jedziemy do Jeleniej Góry. Na zakręcie śmierci widzimy piękną panoramę na Karkonosze, więc postanawiam podjechać znów pod stację kolejową (dziś żałuje, że na zakręcie nie zatrzymałem się - trudno). Wysiadamy i podziwiamy:

Czas na zdjęcia z teleobiektywu. Budynek RTON nad Śnieżnymi Kotłami:


Szrenica:

Wysoki Kamień - w Górach Izerskich:

I wsiadamy przez Szklarską dojechać do parkingu przy starówce w Jeleniej Górze.

Ruszamy na mroźny spacer. Świeci słońce, ale w cieniu uliczek jakoś jest bardzo zimno. 
Drugi raz mam okazję spacerować po uliczkach Jeleniej Góry, pierwszym razem było to 20ścia lat temu (jak ten czas zasuwa...):
zdjęcie zrobił mi Marcin

Wtedy te uliczki zrobiły na mnie spore wrażenie i dziś jestem nieco rozczarowany. Jest dość pusto, szaro co wraz z chłodem sprawia wrażenie dużo słabsze niż pierwszym razem.
Jelenia Góra to miasto położone w Kotlinie Jeleniogórskiej, otaczają je Góry Kaczawskie od północy, od wschodu Rudawy Janowickie, od południa Karkonosze, oraz od zachodu Góry Izerskie i Pogórze Izerskie. Początki osady datuje się na XIII wiek, choć wcześniej istniał gród na dzisiejszym Wzgórzu Krzywoustnego. 
Ruszamy wpierw przez rynek, aż do Cerkwi św. Apostołów Piotra i Pawła, gdzie skręcamy w poprzeczną ulicę. 
Choć początek spaceru zaczyna się niezwykle kolorowo - poszczególne fronty kamienic mają różne kolory:




Po minięciu rynku, dochodzimy do Bramy Wojanowskiej, obok stoi basteja, w której mieści się kaplica św. Anny:

Mijamy ładne domy z XVIII wieku:

i dochodzimy do cerkwi:

Cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła odbudowany w 1737-38 na fundamentach kościoła barokowego.

Skręcamy i uliczkami wracamy na ulicę 1go Maja obok poczty. Obchodzimy rynek. 

Ratusz zbudowany w latach 1747-49"

Po czym ruszamy powoli do auta. Podchodzimy jeszcze do Baszty Grodzkiej, w której są pokoje do wynajęcia (szkoda, że przy ruchliwej drodze, ale fajny pomysł):



i na sam koniec dostrzegam jeszcze jedną wieżę:

To baszta Zamkowa z 1584 roku (postawiona w miejscu wcześniejszej, zawalonej). I jest otwarta, do tego wejście jest darmowe, więc mimo sprzeciwu córki wchodzę na górę. Są dwa tarasy, oczywiście wyższy ma dużo fajniejsze widoki. 
widok z niższego tarasu na Karkonosze
a niżej na wzgórza Pogórza Izerskiego:

Macham dziewczynom czekającym pod wieżą i wchodzę na samą górę. Tu widoki są 360 stopni! 
nad dachami miasta widać Góry Kaczawskie
Baraniec (widać ledwo maszty):
Łysa Góra

stare miasto

Zakładam dłuższe tele i kilka widoków. 
Na miasto z góry:



Można obejrzeć wieże kościołów:


Wieżę na Wzgórzu Krzywoustego:

Oczywiście wzrok ciągnie ku górom, ale jest południe, słońce jest idealnie nimi, więc zdjęć za dużo nie robię. Śnieżka:

Oczywiście budynek Radiowo-telewizyjny Ośrodek Nadawczy przyciąga wzrok:


Przy płaceniu za parking, okazało się, że byliśmy na spacerze równą godzinę. No to teraz jedziemy na Zamek Czocha, przez Pogórze Izerskie. Droga wiedzie fajnymi terenami. Pola, wzgórza pod śniegiem, a w oddali widać dłuższą chwilę - oczywiście Karkonosze. 
Dojeżdżamy, parking i chwila nadziei - nie ma nikogo, kto pobiera opłaty. No ale te pobiera pan w bramie. Za parking, oraz za wejście na teren zamkowy. 

Za bramą burdel. Remont. 
Więc idziemy na zamek.

Na zamku jestem trzeci raz. Drugim razem udało nam się wejść, z racji małej ilości zwiedzających wpuszczono nas samych z kolegą i pamiętam, że weszliśmy na szczyt wieży (stołpu). 
widok na dziedziniec z wieży 2007r


Wchodzimy na zamek i...znowu płacimy. Za zwiedzanie z przewodnikiem.  Parking 10, wejście na dziedziniec po 8zł, dobrze, że choć te odejmują od kwoty zwiedzania...(normalny 45, dzieci 35).
Mamy 20 minut do wejścia, więc kupujemy pamiątki i siadamy przed drzwiami prowadzącymi do dalszej części. 
piękny kominek

Przychodzi nasz pani przewodnik - pani Magda. Wpuszcza nas do sali kominkowej i po chwili rozpoczyna opowieść. Krótki rys historyczny, skąd taka nazwa (to nie od nazwiska), mówi, że budowa trwała długo, o wiele dłużej niż informuje Wikipedia.
widok z dołu i z góry:

 I potem prowadzi nas do podziemi,


przeprowadza przez tajemne przejścia,
wycięte dziecko

i na koniec pokazuje nam sypialnie, w której ponoć w łóżku znajduje się zapadnia:

Ponoć prześwietlając lasem odnaleziono system zapadni...lub nie. Pani stwierdza, że pozostawia nam odpowiedź w naszym zakresie 😂

Mimo tych opłat, zwiedzanie było ciekawe. 
Wracamy do Świeradowa na obiad.

Panorama Pogórza Izerskiego:


Po tym tygodniu w Świeradowie-Zdroju, mogę powiedzieć, że to miasteczko bardzo mi przypasowało. Z wielką chęcią tu wrócę, najchętniej latem, może jesienią, tym bardziej, że do Karkonoszy jest stąd niedaleko, a podczas tego wyjazdu brakło czasu na ich odwiedzenie, choć w głowie miałem cichą nadzieję, że jak będzie jakiś słoneczny dzień...no ale słonecznej pogody nie było za dużo i nie mam żalu o to, po prostu stwierdzam fakt, bo pogoda była taka, jaką zimą należy się spodziewać i jesteśmy z niej zadowoleni. A tydzień (nie pełny) to za mało na taki rejon do zwiedzania...
To był też wyjazd, podczas którego praktycznie poza jednym planem (Liberec) wszystko inne nam wyszło. Do tego udało się nieco odpocząć, posaunować. 

Będzie jeszcze górska relacja z tego wyjazdu, więc pozwolę sobie na koniec tej, zbiorczej relacji na polecenie - hotelu, w którym spaliśmy. Za co?
Głównie za niesamowitą atmosferę - hotel się reklamuje przyjazną i rodzinną atmosferą i to nie jest żadna ściema. W żadnym hotelu nie spotkaliśmy się z tak super uśmiechniętą ekipą, od recepcji, przez panie kelnerki aż do pań sprzątających! Z tak chętną do pomocy! (no jeszcze w Porębie Wielkiej podczas pierwszego pobytu było podobnie). Brawo!

Ale również za: 
- za pyszne jedzenie. Śniadanie i obiado-kolacja w formie bufetu szwedzkiego (zarówno zimna płyta jak i kilka ciepłych dań), a dania w restauracji oprócz tego, że były bardzo smaczne, to powalały wielkością - po pierwszym niedojedzonym filecie braliśmy przy kolejnych zamówieniach dodatkowy talerz - dwie osoby się najadały jedną porcją. I to w cenach podobne do tych ze schronisk (filet z kurczaka 48zł), ale dużo większych.
mały gratis do piwa 

Oczywiście jest basen (mały), jacuzzi, sauna (wszystko świetnie działało). Choć hotel ma swoje lata, to jest czysto, wygodnie i ciepło. Można również dokupić różne zabiegi.
Na koniec każdy z wyjeżdżających gości dostał małą wałówkę na drogę - bułka, soczek, owoce - niby mały gest ale, to właśnie takie małe gesty spowodowały, że wrażenia z pobytu mamy rewelacyjne (pomijam wycieczki - tu oceniam kwatery). I to też oddaje sposób prowadzenia tego miejsca! Rewelacja!
Ps. byliśmy jedynymi gośćmi z Polski, reszta to osoby z Niemiec.


sala restauracji

Szczerze polecam! tym bardziej, że zapłaciliśmy niewiele drożej od samych kwater.

Komentarze