Ferie w Sudetach
W górach najbardziej ciągnie mnie do przestrzeni, a ta kojarzy mi się z Bieszczadami. Czemu o tym wspominam? Bo właśnie wróciliśmy z takich przestrzennych gór...i nie były to Bieszczady.
Kiedy rok temu wracaliśmy z Wysp Kanaryjskich myślałem, że za rok znów wybierzemy podobny kierunek. Jednak po kilku podróżach zagranicznych w zeszłym roku zaczęło się nam tęsknić za podróżami po kraju, więc gdy zimą przyszedł moment wyboru kierunku na ferie - było wiadome, że tym razem nie będziemy latać, a pojedziemy naszą turbowiśnią, gdzieś, gdzie będzie śnieg. No to gdzie? Może by tak zajechać do naszej ulubionej Szczawnicy? Albo do ulubionego hotelu w Gorcach, który nas już dwu krotnie gościł? Rzuciłem jeszcze propozycje okolic Zakopanego, Beskidu Sądeckiego i Międzygórza pod Śnieżnikiem ale żadna z tych lokalizacji nie wzbudziła zainteresowania. Ponieważ to koleżanka żony z pracy narobiła jej smaka na inną miejscowość i żona (z dużą radością dla mnie) rzuciła - a może jedźmy do Świeradowa-Zdroju? No to miejsce mamy już wybrane.
Pozostało tylko liczyć, że w lutym wróci zima. Drugi rok z rzędu nasze województwo ma ferie w drugiej połowie lutego a ostatnie dwa lata to było ciepło, więc może być ciężko z wymarzonym wyjazdem zimowym.
Tydzień przed urlopem z jednego forum dostaję informację, że śnieg w Izerach jest w rozmoknięty z powodu deszczu...o nie... Jednak prognozy pokazują na tydzień naszego wyjazdu temperatury w okolicy i poniżej zera, więc jakaś nadzieja jest. I w poniedziałkowy poranek - dzień wyjazdu staje się cud...nie biało za oknami. Śnieg spadł!
Ruszamy po odśnieżeniu auta (napadało z 10centów). Im dalej na zachód jedziemy, tym śniegu wokół coraz mniej, a już za Górą Świętej Anny jest znów szaroburo. Ja jednak liczę, że nie na darmo Góry Izerskie słynną z tras biegowych. Mijamy Wrocław i w końcu zjeżdżamy z aczwórki. Kierunek...jeszcze nie Izery a Świdnica.
Świdnica.
Czemu ona? No bo jest prawie po drodze, większa połowa 😉 trasy za nami - czas w sam raz by rozprostować kości. Choć nie będę ukrywał, że jest też w tym mieście jedno miejsce, które chciałem zobaczyć na własne oczy.
Zabytkowa ambona z roku 1729go:
W środku jest chyba tak samo zimno jak na zewnątrz, więc długo nie spędzamy tu czasu, tylko spacerem obchodzimy budynek, oglądając kolejne drzwi, oraz stojące wzdłuż ścian płyty nagrobne:
Po czym wracamy do auta. Przed ruszeniem wstępujemy do kawiarni 7Niebo w budynku Domu Stróża przy skrzydle bramy prowadzącej na Plac Pokoju, gdzie stoi zwiedzony kościół. Popijając kawę, grzejemy się przy kominku, oglądając jak za oknem śnieg prószy coraz mocniej.
Bo przez Świdnicę przejeżdżałem w ostatnich latach dwukrotnie. Pierwszy raz w drodze na szkolenie w Jedlince-Zdrój, a drugim razem jechałem latem 2024go przez nią na dwudniową wycieczkę w Góry Kamienne i oglądane zza kierownicy kamienice, architektura wzbudziły mą ciekawość. Zacząłem czytać o tym mieście i to jedno miejsce, ta jedna budowla zapadła mi w pamięci. Zdjęcia wnętrz świątyni ewangelickiej, zwanej Kościołem Pokoju. Co to za kościół? Krótki rys historii.
Pierwsze wzmianki o osadzie pochodzą z okresu brązu, w roku 1164 osada przekształciła się w kasztelanie, a z roku 1267 jest już informacja o Świdnicy jako osadzie miejskiej.
Miasto w 1392 roku na mocy układu secesyjnego przeszło we władanie Korony Czeskiej (po śmierci księżnej Agnieszki wdowy po Bolku II, który był Piastem), która to władała księstwem do roku 1742go. Wtedy w wyniku przegrania I Wojny Śląskiej Prusy zajęły Śląsk i aż do zakończenia II WŚ zajmowały te tereny.
Kościół został zbudowany w 1657 roku w wyniku jednego z warunków zawartego pokoju westfalskiego, która obejmowała budowlę trzech świątyń ewangelickich (większość tutejszej ludności była katolikami). Budowę obwarowano warunkami - kościół miał być poza murami miasta, bez wież i dzwonnicy, zbudowany z nietrwałych materiałów i budowa miała trwać maksymalnie rok. Budowę rozpoczęto 23 sierpnia 1656 roku, a pierwsze nabożeństwo odbyło się w czerwcu kolejnego roku, czyli po dziecięciu miesiącach. Kościół został zbudowany w systemie szachulcowym jako budowla centralna oparta na drewnianym szkielecie wypełnionym masą z gliny i słomy. Miał być krótko użytkowany a stoi do dziś -już ponad 360 lat...
Kościół został zbudowany w 1657 roku w wyniku jednego z warunków zawartego pokoju westfalskiego, która obejmowała budowlę trzech świątyń ewangelickich (większość tutejszej ludności była katolikami). Budowę obwarowano warunkami - kościół miał być poza murami miasta, bez wież i dzwonnicy, zbudowany z nietrwałych materiałów i budowa miała trwać maksymalnie rok. Budowę rozpoczęto 23 sierpnia 1656 roku, a pierwsze nabożeństwo odbyło się w czerwcu kolejnego roku, czyli po dziecięciu miesiącach. Kościół został zbudowany w systemie szachulcowym jako budowla centralna oparta na drewnianym szkielecie wypełnionym masą z gliny i słomy. Miał być krótko użytkowany a stoi do dziś -już ponad 360 lat...
Gdy dojeżdżamy do miasta zaczyna lekko śnieżyć, wpierw delikatnie ale cały czas, więc gdy parkuję pod kościołem droga jest już pobielona, więc chcemy ruszyć zwiedzać, by nie marznąć, ale najpierw musieliśmy poczekać aż parkometr się rozmroził by przyjąć opłatę - dosłownie trwało to z 3,4 minuty zanim przetrawił płatność i zrobił wydruk...
Bryła z zewnątrz wygląda bardzo ładnie, ale to jej wnętrza nas interesują. Więc wchodzimy, płacimy bilety (rodzinny 45 zł) i zaglądamy do wnętrza a to nas oczarowało!
Kościół był zbudowany, tak by pomieścił jak największą liczbę ludzi, na 1090 m2 powierzchni mógł pomieścić, na czterech piętrach oraz parterze 7,5tys osób, w tym 3 tys osób na miejscach siedzących.
Jego rozmiary robią wrażenie, ale jeszcze większe robią malunki na suficie, liczne złocone zdobienia:
zabytkowe organy o 62 głosach z barokowym prospektem z lat 1909, odnowione w 2016 roku zastąpiły te z lat 1666–1669
Najbogatsze rodziny miały swoje loże, które były dziedziczne. Poniżej bogato zdobiona loża Hochbergów, dowód wdzięczności za podarowanie dębów na budowe kościoła:
ołtarz główny zamówiony z okazji stulecia kościoła - z roku 1753go
Zabytkowa ambona z roku 1729go:
oraz cmentarz ewangelicki, który znajduje się na placu:
Podchodzimy pod widoczne za grobami budynki. Są to jedna z dzwonnic jaka się ostała (z trzech-średnia), oraz budynek szkoły, które pozwolono dobudować w roku 1708:

Kościół dziś znajduje się niedaleko rynku, więc skoro tu już jesteśmy, to idziemy go obejrzeć.

Zimno i ponuro. Ludzi niewiele, więc powoli okrążamy ratusz z odbudowaną wieżą:
Po czym wracamy do auta. Przed ruszeniem wstępujemy do kawiarni 7Niebo w budynku Domu Stróża przy skrzydle bramy prowadzącej na Plac Pokoju, gdzie stoi zwiedzony kościół. Popijając kawę, grzejemy się przy kominku, oglądając jak za oknem śnieg prószy coraz mocniej.
Następnie ruszamy do Jeleniej Góry, w której zaplanowałem drugą przerwę w podróży na zwiedzenie okolic rynku. Znów po kilkunastu minutach przecinam Góry Kaczawskie, które w maju 25go po raz pierwszy odwiedziłem. Pokazuje żonie, gdzie zostawiłem auto, gdzie ruszyłem itd.
Śnieg pada coraz mocniej, co po pierwsze spowalnia jazdę, oraz poza chłodem po prostu przeszkadza, więc stwierdzamy, że zwiedzanie nie ma sensu - więc robimy krótkie zakup w dyskoncie z odzieżą sportową (kupuję min laminowaną mapę Karkonoszy), po czym ruszamy do celu.
Przed urlopem liczyłem na widoki z drogi ale świat dziś jest cały białoszary, jedynie na chwilę wyłonił się Zamek Chojnik. Za Piechowicami zjeżdżamy z krajówki omijając centrum Szklarskiej by po kilku minutach wspinaczki dotrzeć do Zakrętu Śmierci. Za nim droga robi się biała, więc jedziemy spokojnie, piękną drogą - Drogą Sudecką - to jeden z dwóch odcinków jakie zostały zbudowane w ramach Autostrady Sudeckiej przez Niemców przed II WŚ. Droga wiedzie wśród wysokich świerków, co tworzy niesamowity dla mnie klimat, znów czuję się jak nie w Polsce.
Do Świeradowa-Zdroju dojeżdżamy już w szarówkę, którą z daleka rozjaśniają pomarańczowe światła.
Z drogi podziwiamy ośnieżony las, który im wyżej tym bardziej niknie w chmurach.
Poza dobrze widoczną "ścieżką w chmurach"
we mgle dostrzegamy budynek górnej stacji kolei gondolowej na zboczach Stogu Izerskiego, oraz schronisko:
Idąc do centrum widzimy za plecami, że dobra pogoda dziś za długo nie będzie nad nami:
i rzeczywiście już po chwili robi się ponuro i zaczyna sypać śnieg.
to światła stoku narciarskiego (zdjęcie z kolejnego dnia)
Dotarliśmy do naszego hotelu. Co najważniejsze - tu jest zima!
Poza dobrze widoczną "ścieżką w chmurach"
Idąc do centrum widzimy za plecami, że dobra pogoda dziś za długo nie będzie nad nami:
i rzeczywiście już po chwili robi się ponuro i zaczyna sypać śnieg.
Świeradów-Zdrój to uzdrowisko leżące w Górach Izerskich, w dolinie rzeki Kwisy. Polska nazwa nie ma nic wspólnego z wcześniejszą - niemiecką Bad Flinsberg, a została nadana w 1946 roku.
Pierwsze wzmianki o osadzie pochodzą z XVI wieku. Nazwę zaczerpnięto od łużyckich osadników, którzy wybudowali osadę na zboczu góry (niem. Berg) nazywanej Flynz, której nazwa z kolei wywodzi się od Flinsa – słowiańskiego bóstwa czczonego wśród słowiańskiej ludności. Obecnie liczy niecałe 4 tysiące mieszkańców.
widok spod schroniska na Stogu Izerskim na miasto
Już w 1600 roku pisano o kwaśnych wodach, a w roku 1783 potwierdzono, że skutecznie leczą wiele schorzeń (używane zarówno do picia, jak i do kąpieli, wraz z okładami borowinowymi leczą przede wszystkim choroby reumatyczne, narządów ruchu, układu krążenia oraz choroby ginekologiczne). W 1795 roku wybudowano pierwszy dom zdrojowy.
rzeka KwisaDziś głównymi gośćmi uzdrowiska są kuracjusze, zimą narciarze, a latem również rowerzyści. Pod dworcem kolejowym zaczyna się (lub kończy) też GSS czyli Główny Szlak Sudecki - przynajmniej według mapy.com, choć kropka ponoć jest w okolicy parku zdrojowego. Niemniej z miasta prowadzi kilka szlaków w Góry Izerskie, oraz do najbliższego schroniska, na Stogu Izerskim (które oczywiście stoi kawałek pod szczytem) można dojechać koleją gondolową.
Śnieg zaczyna sypać coraz mocniej. Przez to powoli zmierzamy do centrum, mijając wiele pięknych willi. Niestety ja przez gapiostwo nie zwróciłem uwagi, że obiektyw mam zamoknięty, a zdjęcia są zanieczyszczone. Trudno.
Przechodzimy uliczkami do parku zdrojowego, który przecinamy by dojść do fontanny pod Willą/Sanatorium Szarotka z 1900 roku (chyba nieczynne):
Wchodzimy na główny deptak:
centralna cześć deptaka:
Potem kawa i ciacho w kawiarni. I ruszamy na dalsze zwiedzanie uliczkami:
mijając zespół willowy przy ulicy Asnyka:
kościół i docieramy do domu zdrojowego, wchodząc do hali spacerowej:
Hala ma długość 80 metrów i jest najdłuższą na Dolnym Śląsku. Są tu różne sklepy, pijalnia wód mineralnych i knajpki, oraz rośliny egzotyczne w donicach. Fajnie tu.
Po zwiedzeniu jej powoli wracamy, mijamy zakład kuracji borowinowej a wieczorem idziemy jeszcze na mały spacer po okolicy oglądając jarzące się światła stogu narciarskiego:
Koniec części pierwszej.
Potem kawa i ciacho w kawiarni. I ruszamy na dalsze zwiedzanie uliczkami:
mijając zespół willowy przy ulicy Asnyka:
kościół i docieramy do domu zdrojowego, wchodząc do hali spacerowej:
Po zwiedzeniu jej powoli wracamy, mijamy zakład kuracji borowinowej a wieczorem idziemy jeszcze na mały spacer po okolicy oglądając jarzące się światła stogu narciarskiego:
Koniec części pierwszej.




































Komentarze
Prześlij komentarz