Wokół Doliny Zimnika w Śląskim Beskidzie

Po chłodnym praktycznie całym maju, w końcu nadszedł upalny wręcz weekend; w sobotę wyskoczyła impreza, więc niedzielę zarezerwowałem pod góry. Do końca wyjazd stał pod znakiem zapytanie i praktycznie wieczorem dogrywałem szczegóły. 
Na dalszy wyjazd ochoty za bardzo nie miałem, więc szybka decyzja - jedziemy na bezszlaki. Teraz tylko rano wstać...a z tym o dziwo problemu nie mam. Ba, budzę się i widząc jak jest jasno przestraszony myślę, że zaspałem. Okazuje się, że za 5 minut miał dzwonić budzik...ufff wstaję.
Parkujemy u wylotu Doliny Zimnika - skąd rozchodzą się trzy szlaki. Dwoma z nich już wchodziłem, więc wybór na dziś jest oczywisty - ten trzeci, koloru żółtego. Choć tylko na chwilę bo głównym planem jest miejsce do którego wiedzie zwykła ścieżka. 
Jest chwilę po siódmej i już jest bardzo ciepło. Z parkingu rusza kilka osób. Jest w nas jakaś radość -  może to panująca wokół soczysta zieleń? Dla mnie to radocha, bo właśnie taką zieloną, ciepłą wiosnę uwielbiam. Wiosna zawitała w góry na całego. 
Ruszamy w głąb doliny. Po chwili schodzimy z asfaltowej drogi a zarazem ze szlaku.


Czeka nas, jak to w górach mozolne podejście, dobrze, że póki co większość czasu idziemy w lesie, bo robi się naprawdę ciepło a cień daje nieco ulgi. Jest jednak ciężko. Wczorajsze obżarstwo na grillu daje o sobie znać... 
Po chwili wychodzimy z lasu i między drzewami pojawiają się widoki:

Cisza, spokój. I niby znany widok ale jednak nieco inny. Ścieżka po chwili doprowadza nas do małej polanki, skąd kierujemy się ku pierwszemu, głównemu punktu naszej dzisiejszej wycieczki. 
Widzimy miejsce odpoczynku, z ogniskiem. Zaraz tu zasiądziemy napić się piwa, wpierw jednak schodzę widoczną ścieżką obejrzeć skałki. Robią wrażenie!

A tu widok z góry, oraz z dołu:

Czas na odpoczynek. 
Jest tu cicho i spokojnie, choć spotykamy tu kilka osób. Po chwili ruszam obejrzeć widoki jakie się prezentują z skalnych balkonów.

Podobają się. Mam okazję też w końcu wziąć do rąk porządny sprzęt. Od razu czuję się bardziej profesjonalnie 😛 :
zdjęcie-Marcin
Z takim obiektywem to można podglądać co też ludzie robią w sąsiednim paśmie! 😉 Albo i Tatrach!
Po jakiejś nieokreślonej chwili ruszamy dalej. Zaczynam żałować, że nie ubrałem krótkich spodenek. 
Czeka nas teraz spacer-prażonka. Oto co nas czeka:

Wszystko w pełnym słońcu...
Kolejne miejsce, w które mieliśmy podejść odpuszczamy. 

Bo tam nieco mniej spokojnie chyba jest. A że jakoś zasmakował nam dziś spokój, to sobie darujemy.

W między czasie wracamy na szlak, z którego po chwili schodzimy. Raz, że skrótem będzie mniej pod górę, a dwa nieco puściej.
Widoki dziś nie będą jakieś rewelacyjne - upał w tym przeszkadza, ale coś tam widać. Na przykład Babią Górę:

Docieramy na szlak Skrzyczne-Barania i rozpoczynamy podejście na Zielony Kopiec. Na podejściu mamy widok ku Wiśle Malince:

Tu czuje, że będę po dzisiejszym dniu żałował gapiostwa. Ani kapelusza, ani kremu do opalania...a słońce smaży nas okrutnie. Mijamy Zielony Kopiec, Gawlasi i docieramy do Magurki Wiślańskiej. Michał nam dosyła zdjęcie ze skałek pod Baranią to sobie machamy.
Rzut oka na to co za nami:

i ruszamy ku Hali Radziechowskiej grzbietem między Magurkami (Wiślańską i Radziechowską). Miejsce niezwykle widokowe, choć nie w samo południe. Są tu też wychodnie, skałki oraz sporo kikutów drzew co jest niezwykle malownicze. Choć las powoli zaczyna odrastać. Póki co jest jednak widokowo. 

Tą najbardziej znaną mijamy szybko - jest zajęta, różowa bluza jakoś się gryzie z granitem kamienia. Omijamy też kolejną Magurkę schodząc skrótem ku hali, skąd widać; ledwo, bo ledwo ale widać Tatry:

Docieramy do szlaku i znów zadziwia mnie jak woda wydrążyła tą ścieżkę! A potem wychodzimy na plażę 😉 bo tak dziś wygląda Hala Radziechowska. 

Lubię to miejsce. Choć o wiele bardziej podobało mi się tu przy pierwszej wizycie, kiedy dotarłem na nią pod wieczór i wśród ciszy przywitało mnie krakanie kruka... Ładnie tu.


Zanim zasiądziemy do obiadu (szybki kubek) oczywiście robimy zdjęcia. A potem szukamy cienia. Ręce mnie już pieką...


Czas na nas. Wracamy w kierunku MR skąd rozpoczynamy zejście zielonym szlakiem. Szlak wiedzie fajnym lasem, mamy nawet jedno miejsce skąd można obejrzeć Kotlinę Żywiecką, ale jednak wiedzie większość lasem.

Do tego końcówka wiedzie asfaltem przez wieś Ostre, więc pod Murońką odbijamy skrótem ku Dolinie Zimnika. Wiodą nas tędy ciekawe drogi. Wpierw leży sporo patyków, które mi przypominają węże, następnie zaś wśród liści wystają kamienie.

Możemy oglądać nasz dzisiejszy główny cel:

W lesie droga zaczyna gwałtownie opadać. Liści jest po kolana. Potknięcia, uślizgi. Zaczyna mi kolano doskwierać, więc schodzę powoli. Jak ktoś schodził ze Świtkowej, to wie cośmy przeszli. W końcu docieramy do doliny - przez drogę płynie strumień - o jak dobrze spłukać upał z siebie!

Drogą wzdłuż potoku ruszamy w dół. Ładnie tu!



I ten szmer potoku...
Ja wypatruje jakieś buli ale żadnej nie znajduję. Po chwili przekraczamy większy strumień i asfaltem powracamy do auta. 
To teraz jeszcze kawa - bo jak tylko ruszyłem to omal się nie zaziewałem i można wracać. By po tygodniu ściągać płaty spalonej skóry...z twarzy i uszu 😂

21 km zrobione. Poznane fajne miejsce. I nawet Marcin się przekonał, że może czasem warto leniwym krokiem przemierzać ścieżki 😉

Szkoda jedynie źródeł na hali. Niestety ale widać, że nikt o nie nie dba. Bale w które woda wpływa są w kiepskim stanie a woda nie zachęca do picia...

😀

Komentarze