Tatry - Wierzbówki czas
Tatry, najwyższe góry w Polsce. Jedyne góry w naszym kraju o charakterze alpejskim. Potrafią zachwycić. Są jak magnes. Latem zatłoczone niemiłosiernie. Mają swych wielbicieli.
Mnie już tak dziś nie kręcą, co nie oznacza, że wzdrygam się na myśl o wyjeździe w nie. Ale co za dużo to niezdrowo, więc od kilku lat jeżdżę w nie co kilka lat.
Choć kiedyś bywałem w nich kilka razy w roku, a nawet co dwa tygodnie. Też się nimi zachwycałem. Dziś, to góry, które chętnie oglądam ale z oddali, zgodnie z moją dewizą, że wysokie góry się fajnie ogląda z niższych. Tak są naprawdę ładne.
Jednak od jakiegoś czasu ten oglądany motyw Tatr był coraz częstszy. Co roku byliśmy coraz bliżej nich. Każdy ich widok powodował, że dostawałem pytanie - to kiedy jedziemy w Tatry?
No to czas na realizację, czas na spełnianie marzeń.
Pytanie zadawał mój kolega, którego wciągnąłem w chadzanie po górach. Zaczęliśmy je od wspólnych wycieczek z naszymi rodzinami, w Beskidy. Gdy na jednym z takich wyjazdów ze Skrzycznego omawiałem widoczną panoramę, pokazałem Markowi min Babią Górę. Ta zaczęła mu się marzyć, więc niedługo później to na nią pojechaliśmy pierwszy raz sami.
To było w październiku 2022 roku.
U mnie to właśnie dawno temu na Diablaku rozpoczęło się marzenie wycieczek w Tatry, które to oglądałem w książkach jakie miałem w domu. Więc nic dziwnego, że i Marka dopadła ta górska choroba. Po Babiej powiedział, że chciałby wejść kiedyś na jakiś tatrzański szczyt.
Kolejne miesiące, wspólne wyjazdy w góry, co rusz je oglądaliśmy, będąc coraz bliżej nich. Po każdej takiej wycieczce Marek się pytał - to kiedy Tatry?
Ja sobie wymyśliłem, że wezmę go, gdy będą odpowiednie warunki. Piękna pogoda, ciepło i zielono. Lub jesienią, jak będzie w nich kolorowo. Oczywiście jak ja coś planuję, to pewne jest, że będzie mi ciężko trafić w to co sobie ułożyłem w głowie. Tak było właśnie z nimi, mijały kolejne miesiące, kolejne wiosny; trzy lata, trzy jesienie i ciągle coś powodowało, że je odkładaliśmy. Dlatego to rok 2026 miał być tym, w którym ja wrócę w Tatry, zabierając przy okazji w końce Marka w nie.
Plan (czyli pewność - nie wyjdzie) był na czerwiec, bądź jesień. W czerwcu...oczywiście nie wyszło. To pozostało czekać na wrzesień i liczyć, że uda się zdążyć przed pierwszymi śniegami.
Jednak gdy przyszedł sierpień, nastąpiła zmiana planów w drugą stronę. Zamiast planowanego biwaku, bądź wyjazdu w jedno z dwóch pasm, w których jeszcze nie byłem, podczas grzebania na mapach w poszukiwaniu idealnej trasy, wyskoczyło mi w przeglądarce zdjęcie wierzbówki na Hali Gąsienicowej. Z informacją, że już się pojawiła.
Przerwałem jeżdżenie palcem (kursorem) po mapie. Jedna, druga, trzecia trasa i coś mi nie pasuje. Zamyśliłem się...a może...a może by tak...?
Gdy spotykamy się na dwa dni przed weekendem, rzucam - Marek, a może by tak w weekend Tatry?
Chwila zastanowienia się i słyszę - no może by w Tatry!
Sprawdzamy pogodę - w sobotę mają być chmury, a w niedzielę więcej słońca - decyzja pada - jedziemy w niedzielę (ponoś w sobotę widoki były średnie)
Pobudka po 3, wyjazd przed 4. Świt przed Krakowem na A4ce. Na Pogórzu Wielickim witają nas pierwsze mgiełkami w dolinach, te będą jeszcze pod Tatrami.
Pobudka po 3, wyjazd przed 4. Świt przed Krakowem na A4ce. Na Pogórzu Wielickim witają nas pierwsze mgiełkami w dolinach, te będą jeszcze pod Tatrami.
Tatry pierwszy raz dostrzegamy za tunelem pod Małym Lubaniem.
Do Nowego Targu droga idzie sprawnie, później już nieco wolniej, ale obywa się bez korków. Do Zakopanego dojeżdżamy ok 6 a kwadrans później parkujemy pod skocznią. Autobus nam odjeżdża sprzed nosa, a trzy kolejne busy się nie zatrzymują - są pełne, więc ruszamy do Kuźnic piechotą. W całkiem wartkiej grupie turystów.
W Kuźnicach kupujemy bilety do TPNu i ruszamy niebieskim szlakiem.
tatrzański las oglądany z mostka nad Bystrą, w Kuźnicach, w kolejce do kasy TPN
Wybieram wyjście przez Boczań, zostawiając Dolinę Jaworzynki na zejście.
Pierwsze widoki mamy na zakolu pod Boczaniem.
Kolejne są po wyjściu z lasu. Jest piękna, bezchmurna pogoda.
Nad Jeziorem Czorsztyńskim widać mgły, zza których widoczne są Gorce, Pieniny. Na pierwszym planie mamy Mały i Wielki Kopieniec:
Wyżej nieco schodząc ze ścieżki na grzbiet Skupniowgo Upłazu otwiera się widok ku wyższym partiom Tatr, jest Giewont z Kopą Kondradzką i Małołączniakiem:
Wyżej nieco schodząc ze ścieżki na grzbiet Skupniowgo Upłazu otwiera się widok ku wyższym partiom Tatr, jest Giewont z Kopą Kondradzką i Małołączniakiem:
Później pojawia się też Kasprowy, do którego dojeżdża właśnie kolejka. Pierwszą przerwę robimy na Przełęczy między Kopami.
Tu otwierają się widoki na Żółtą Turnię oraz grzbiet Koszystej. Są też Granaty, oraz Kozi Wierch. Ja dorzucam do nich jeszcze Wołoszyn - przez lata zatarł się pamięć...(choć rzeczywiście jego skraj jest widoczny, choć ledwo ledwo).
Ruszamy dalej. Mijamy pierwsze łany wierzbówki na Królowej Rówień. Powoli docieramy do naszego pierwszego celu. Do Hali Gąsienicowej.
A w dole widzimy róż. To łany wierzbówki, oraz...łany, to znaczy tłumy ludzi.
Oglądamy przyrodę, oraz...różne rodzaje nagrań na media społecznościowe. Różne pozy pod zdjęcia, miny. Są nawet akrobacje:
Tu postanawiamy, że omijamy Murowaniec, spod którego słychać gwar. Nie ma sensu tam iść, stracimy te kilka metrów podejść, a w kolejce po zakupy stracimy pewnie sporo czasu. Postanawiamy wracając zajść tam na obiad. Ruszamy więc od razu ku Czarnemu Stawu Gąsienicowemu.
Oczywiście podziwiamy to co nas będzie czekać:
Oraz inne widoki, na góry wokół:
To jednak Polski Matterhorn przyciąga nasz wzrok:
Odbijamy jak i większość ludzkiej rzeki ku Czarnemu Stawowi Gąsienicowemu. Po chwili zaczynają się coraz piękniejsze widoki - na Czarną Dolinę Gąsienicową.
Przypominam sobie, kiedy tu ostatni raz szedłem...to było w 14 lat temu! To kupa lat temu! Byłem tu wtedy dwukrotnie, latem z chłopakami szliśmy do Piątki przez Zawrat, a we wrześniu, już idąc po śniegu z żoną.
Przypominam sobie, kiedy tu ostatni raz szedłem...to było w 14 lat temu! To kupa lat temu! Byłem tu wtedy dwukrotnie, latem z chłopakami szliśmy do Piątki przez Zawrat, a we wrześniu, już idąc po śniegu z żoną.
Pamiętam, że z chłopakami zaczynały mnie tu łapać skurcze...i ta myśl jakby przyciąga problemy, bo nogi, mięśnie też na tym ostatnim podejściu pod staw zaczynają sztywnieć. Muszę się zatrzymać i i rozbić zawczasu ból. Przynajmniej widok ma ekstra:
plaża jak w Mielnie a to Czarny Staw Gąsienicowy
Jest pięknie i nawet tłumy mi dziś nie przeszkadzają.
Na wielkim kamcorze robimy drugą dziś przerwę. Zjadam ze smakiem kanapki podziwiając okolicę... Pięknie. Pytam Marka - zadowolony? Uśmiech na całą twarz mówi sam za siebie. Zanim ruszymy dalej zakładam dłuższy teleobiektyw na aparat i robię kilka ujęć wokół stawu. Oto dwa ujęcia. Na Kościelec, na którym widać turystów (fajne wrażenie), oraz na Skrajnego Granata - nie kojarzę w ogóle sylwetek Granatów, więc spoglądam z ciekawością w ich stronę:
Spoglądam też na Przełęcz Karb i na myśl o podejściu tam robi mi się słabo. Pamiętam to podejście...dawało popalić, a te kilkanaście kilo temu miałem dużo lepszą formę i brak cukrzycy. Ale od myślenia nie przybiera odległości, więc czas wyruszyć. Zanim jednak rozpoczniemy podejście po kamiennych schodach wrzucam w siebie odpowiedni zapas energii w postaci węgli (cola, batony i kanapka). I to za chwilę da o sobie znać.
I tak jak pamiętałem, zaczyna się zabawa. Krok za krokiem i ze zdziwieniem widzimy, że wysokości szybko przybywa.Nogi znów się odzywają, więc mówię Markowi, że spotykamy się na przełęczy, wyżej, niech rusza szybciej a ja znów rozbijam skurcze. Robię kilka kroków, kilka metrów w górę i przerwa. Raz ja mijam innych ludzi, by za chwilę to oni mnie wyprzedzili. Po czym ja ich za chwilę doganiam, by znów się zatrzymać, a wtedy oni mnie wyprzedzają...i tak cały czas to wygląda.
Co zawijas to robię zdjęcie na staw, raz, że pięknie się on prezentuje, a dwa to dobry manewr. Można udawać, że to nie odpoczynek jest głównym celem postoju 😂 :
W pewnym momencie zmęczenie, upał, oraz niski cukier i zarazem zjedzone słodycze mnie dopada. Dopadają mnie mdłości. Robi mi się słabo. Myślę, że po prostu nie dam dziś rady. Że przeholowałem, za późno zacząłem szykować formę przed wyjazdem. Na myśl, że jeszcze trzeba pokonać z przełęczy, tam wyżej kolejne 300 metrów w górę powoduje, że ogarniają mnie wątpliwości. Ba, zwątpienie. Mam nawet w pewnym momencie myśli, aby nie trzeba było wzywać pomocy. Jednak kolejne cykle - parę metrów w górę i odpoczynek, znów parę metrów i w końcu docieram na Mały Kościelec. Czeka na mnie z wielkim zadowoleniem i radością w oczach Marek. Widzę przy okazji, że część osób dociera nawet po mnie. A tu jest pięknie!!!
na Małym Kościelcu
Robimy kolejną przerwę. Odpoczywam, zjadam, nawadniam się. Dzięki tej przerwie wracam do żywych. Uświadamiam Marka, że właśnie pobił swój rekord wysokości (wcześniejszy to Babia Góra) - Mały Kościelec ma 1866m.
Ja wspominam swoje, jak na razie jedyne wyjście na nasz cel, na Kościelec, z 2002go roku. Gdy na praktykach kazano nam się zjawić nad stawem i tam powiedziano nam, że mamy czas wolny, a ja patrząc wtedy z zachwytem na tą piramidę, stwierdziłem - idę tam. Kit, że cała paczka znajomych szła w kierunku Giewontu, celem odnalezienia jaskini. Postanowiłem, że ich dogonię. Czy ja miałem jakąś wodę w plecaku? Chyba tak.
Z samego szczytu niewiele wtedy pamiętam bo ten był w chmurach. Pamiętam jakąś płytę skalną.
Dokańczając wątek - tak dogoniłem ekipę. Na Kasprowym pożegnałem Marcina, który prawie umierając czekał na kolejkę w dół. Zza Kasprowym zatrzymali mnie Wopiści i wypytywali gdzie podążam, patrząc na godzinę; było przed 17 - pod koniec czerwca, więc stwierdzili, że dam radę zejść za dnia (czy ja miałem latarkę? Oczywiście, że nie). Ekipę dogoniłem pod Kondracką Kopą. Pozdro dla Was:
gdzieś na grzbiecie nad jedną z dolin - mieliśmy pozwolenie od TPN na chodzenie poza szlakiem, skserowane od psorów, z czego wtedy mocno korzystaliśmy - ten z okularami na głowie to ja
U góry, na szlaku widzimy mały zator. Oglądając to postanawiamy ruszyć.
Marek mnie dopinguje, mówi - pójdziemy powoli.
Dość szybko docieramy do tej małej rynny, gdzie wcześniej widzieliśmy kolejkę, a teraz jak na złość zrobiło się tu luźno. A mieliśmy niecny plan, że odpoczniemy czekając na swoją kolej 😂 .
Ja i tak dycham chwilę. Oglądamy tu coraz szersze widoki. Gdy po chwili ruszamy, to okazuje się, że z góry zeszło trochę osób i tam się zrobiła kolejka. Kolejne osoby powoli schodzą a my stoimy, więc po chwili za nami też dochodzą kolejni ludzie i tu też się tworzy korek. Więc po chwili ktoś rzuca - ej przechodźmy to miejsce po cztery osoby w każdą stronę. Działa. Dzięki temu po chwili ruszamy.
I gdy tylko zaczęła się skała, nagle nogi przestały mi przeszkadzać. Zmęczenie? Skurcze? Jakie zmęczenie, jakie skurcze! Im wyżej tym idzie mi się lżej. Teraz to ja idę z przodu i czekam na Marka.
Podziwiam co rusz okolicę. Rozpoznaję Żleb Drège’a, o którym tyle się człowiek naczytał, gdy przeszedłem Orlą. Chciałem go mieć na zdjęciu i oto jest (ta rysa idąca lekko lewo):
Również w drugą stronę widoki są coraz lepsze. Na Zieloną Dolinę Gąsienicową, oraz wyłaniające się Tatry Zachodnie w oddali:
Jest radocha! Dla mnie, bo mam w końcu widoki, przypomniałem sobie mój pierwszy dwutysięcznik jaki zdobyłem. Nie ukrywam, że pokonanie swoich dzisiejszych słabości też mi sprawiło frajdę. Czuję się świetnie, o wiele lepiej jak na Małym Kościelcu. Marek bo jest na pierwszym Tatrzańskim szczycie! Jest w końcu w Tatrach!
Czas teraz znaleźć wygodnego kamienia by usiąść i odpocząć. A nie jest łatwo - sporo ludziów tu jest. Więc część dyskusji dotyczy tego, aby tylko nie spaść. A za nami jest gdzie polecieć...
Kolejna przerwa i odpoczynek. I podziwianie widoków wokół.
Próbuje sobie przypomnieć co wokół widać. Na przykład czy widać stąd Koziego, ja zakładam że chyba go zasłaniają Kozie Czuby (błędnie), zastanawiam się co to są za dwa szczyty widoczne w oddali;
chłopaki mówią, że to Rysy i Wysoka, ja odpuściłem zgadywanie, wierze im.
Część szczytów, miejsc rozpoznaje - Dolinkę Kozią, oraz Kozi Mur i Zadni Granat. Widzę szlaki tegoż Zadniego Granata, na Kozią Przełęcz, do Kulczyńskiego Żlebu...Podziwiam...
z lewej Żleb Kulczyńskiego, na prawo Kozi Mur i pod nim idąca w prawo Rysa Zaruskiego, a na skraju z prawej widać szlak na Kozią Przełęcz
z lewej Rysy, z prawej Wysoka, pod nimi Zmarzła Przełęcz
oraz kogoś na Świnicy:
Mamy gościa jakiś ptak podlatuje na kamieniach. Udaje mi się zrobić mu jedno zdjęcie - to płochacz halny:
Siedzi się fajnie. Wiatr przyjemnie chłodzi, a słońce pięknie przypala, co oznacza, że czas schodzić. To jeszcze ostatni rzut oka - teraz na to co widać na północ od szczytu. Czarna Dolina Gąsienicowa zamknięta między Małego Kościelca z lewej a Żółtą Turnię z prawej:
Zejście idzie nam sprawnie, mamy tylko lekki zator na pierwszych skałach pod szczytem, oraz kolejny, dłuższy zator tworzy się nad rynną. U góry schodzę obok szlaku, a na dole oglądam czy da się tą rynnę obejść bokiem, jednak stwierdzam, że postoję w kolejce...Tu znów po chwili rzucamy by iść na mijaka po cztery osoby.
Pierwszy raz widzę też w Tatrach...mewę. Mewę srebrzystą!
Powoli dopada nas znużenie. A przed nami jeszcze sporo doliny do przedreptania...
Kasprowy Wierch i jego zabudowa
Za Pośrednią Turnią, której zboczami wiedzie szlak na Świnicką Przełęcz widać Bystrą nad Kamienistą.
Czerwone Wierchy oglądamy nad Beskidem; nad nim stoi Goryczkowa Czuba i Sucha Kopa - to grań, na której byłem ostatnim razem w Tatrach; a nad nimi zalega Kopa Kondracka (z prawej), a z lewej Małołączniak i Krzesanica:
Mamy gościa jakiś ptak podlatuje na kamieniach. Udaje mi się zrobić mu jedno zdjęcie - to płochacz halny:
Siedzi się fajnie. Wiatr przyjemnie chłodzi, a słońce pięknie przypala, co oznacza, że czas schodzić. To jeszcze ostatni rzut oka - teraz na to co widać na północ od szczytu. Czarna Dolina Gąsienicowa zamknięta między Małego Kościelca z lewej a Żółtą Turnię z prawej:
Zejście idzie nam sprawnie, mamy tylko lekki zator na pierwszych skałach pod szczytem, oraz kolejny, dłuższy zator tworzy się nad rynną. U góry schodzę obok szlaku, a na dole oglądam czy da się tą rynnę obejść bokiem, jednak stwierdzam, że postoję w kolejce...Tu znów po chwili rzucamy by iść na mijaka po cztery osoby.
Na przełęczy robimy zdjęcia - ja dla porównania - zdjęcie Marcina - 2 października 2008 rok:
kontra 9 sierpnia 2026 roku:
Aby nie schodzić po swoich śladach ruszamy w dół Zielonej Doliny Gąsienicowej. Wydaje się, że to będzie chwila moment, ale zejście trochę nam zabiera czasu. To znaczy dłuży nam się niemiłosiernie. Za nami zostaje Kościelec - ładnie się piramida prezentuje:Następnie mijamy dwa Czerwone Stawki i docieramy na Zielony Staw Gąsienicowy:
kontra 9 sierpnia 2026 roku:
Pierwszy raz widzę też w Tatrach...mewę. Mewę srebrzystą!
Powoli dopada nas znużenie. A przed nami jeszcze sporo doliny do przedreptania...
Tatrzański mur zaś coraz bardziej się od nas oddala.
Koło małej kałuży (Troiśniak) widzimy, że kursuje krzesełkowa kolejka na Kasprowy. Wpadamy na pomysł, według nas świetny - wjedziemy nią a potem zjedziemy do Kuźnic kolejką z Kasprowego. Ma się ten łeb - taaa.
Koło małej kałuży (Troiśniak) widzimy, że kursuje krzesełkowa kolejka na Kasprowy. Wpadamy na pomysł, według nas świetny - wjedziemy nią a potem zjedziemy do Kuźnic kolejką z Kasprowego. Ma się ten łeb - taaa.
Kolejka nie zabiera z dołu turystów...zawód roku!
No cóż, pozostaje nam tylko powoli dreptać. Patrząc na godzinę, postanawiamy odpuścić wizytę na obiad w Murowańcu.
Wtem nad Doliną Suchej Wody nadlatuje Sokół - Toprowski śmigłowiec. Kołuje i gdzieś nad Betlejemką przycupuje, by następnie nas minąć i dolecieć w górę Kotła Kasprowego, gdzie wzburzając tumany kurzu chwilę zawisa a następnie odlatuje zza grań. To zły znak. Oj niedobrze.
No cóż, pozostaje nam tylko powoli dreptać. Patrząc na godzinę, postanawiamy odpuścić wizytę na obiad w Murowańcu.
Wtem nad Doliną Suchej Wody nadlatuje Sokół - Toprowski śmigłowiec. Kołuje i gdzieś nad Betlejemką przycupuje, by następnie nas minąć i dolecieć w górę Kotła Kasprowego, gdzie wzburzając tumany kurzu chwilę zawisa a następnie odlatuje zza grań. To zły znak. Oj niedobrze.
Ruszamy dalej. Oglądamy wokół widoki, bo wiemy, że to ostatki na dziś. Więc są Kościelce, Granaty i Świnica nad wierzbówką:
Po chwili do helikoptera wsiada ratownik, oraz wkładają kogoś na noszach i śmigło odlatuje nad nami, teraz kierując się już ku Zakopanemu nad doliną. W kronikach cisza, więc liczymy, że osoby poszkodowane dochodzą do zdrowia.
Przy Betlejemce mijamy wóz terenowy Toprowców, którzy składają puste nosze i rozpoczynamy przejście zatłoczonej ścieżki wzdłuż łanów wierzbówki. Oj niełatwe to zadanie...trzeba uważać aby w oko nie dostać wyciągniętą ręką z telefonem...w końcu za nami pozostaje Gąsienicowa i wierzbówka.
Przysiadamy na ostatni postój na ławkach na skraju zarastającej Królowej Równi. Obserwujemy przewalające się tłumy. Podlatuje do nas na stół sójka i próbując jej zrobić zdjęcie, zauważam plecak pozostawiony na skraju stołu. Przed chwilą rodzina z dzieciakami tu siedziała, więc pewnie to ich. Ruszamy za nimi. Doganiamy ich dopiero na górze Upłazu. Do przełęczy dolatuję, ale nie widzę tu poszukiwanych. Robię zdjęcie czekając na Marka i potem dopiero gonię za nimi, ale to Marek ich dostrzega - to kilkuletnia dziewczynka go zostawiła, więc oddajemy zgubę właścicielce i schodzimy.
Przysiadamy na ostatni postój na ławkach na skraju zarastającej Królowej Równi. Obserwujemy przewalające się tłumy. Podlatuje do nas na stół sójka i próbując jej zrobić zdjęcie, zauważam plecak pozostawiony na skraju stołu. Przed chwilą rodzina z dzieciakami tu siedziała, więc pewnie to ich. Ruszamy za nimi. Doganiamy ich dopiero na górze Upłazu. Do przełęczy dolatuję, ale nie widzę tu poszukiwanych. Robię zdjęcie czekając na Marka i potem dopiero gonię za nimi, ale to Marek ich dostrzega - to kilkuletnia dziewczynka go zostawiła, więc oddajemy zgubę właścicielce i schodzimy.
Przed wejściem w las robię zbliżenie na Nosal:
i jest to w sumie praktycznie ostatnie zdjęcie tego dnia (przedostatnie).
Zejście w lesie zaczyna mi się dawać we znaki, choć dotychczas to leciałem w dół prawie biegiem by co chwilę czekać na Marka. Ale z każdym kolejnym kamieniem pod butem moje siły opadały i końcówka już idzie mi ciężko. Więc gdy schodzimy do Kuźnic to od razu kieruje swoje kroki na busa. Za piątaka od łebka zjeżdżamy do ronda, skąd powoli doczłapujemy się do auta.
Zmordowani, ja głodny jak diabli, ale uradowani, wielce zadowoleni.
Ciekawe, czy ten wypad rozpocznie naszą serię po Tatrach? Któż to wie? (ano my! 😁 ).
Zrobiliśmy ok 22 km, oraz jakieś 1500 metrów podejścia. To znaczy zależy według jakiej mapy się patrzy - bo dawne mapy cezet mówią o 1330 a turystyczne już pokazują ponad 1500.
Dla nas to mało ważne, bo to co ważniejsze, to to że w końcu udało się dotrzeć w Tatry, Marek pobił swój rekord zdobytej wysokości, pierwszy raz wszedł na dwutysięcznik i to od razu na całkiem honorny kawał skały.
Powrót mija nam całkiem spokojnie - najważniejsze, że ominęliśmy zakopiankę. W domu jestem przed 22 drugą, po prawie osiemnastu godzinach.
Pogoda dopisała. Z rąk i nosa skóra schodzi. Zdjęć nawet nie tak dużo (nieco ponad 200).
Fajnie było!
Ps. kilka zdjęć mnie od Marka:












































































.jpeg)
.jpeg)


Ostatni raz w Tatrach byłem w 2015 roku. Przed 2015 rokiem odpuściłem start w Tatry z Polski, tłumy. Zacząłem startować ze Słowacji. Ostatni wizyta 2015 roku to Rysy, później przyszedł czas niemocy na ten rejon działania. Jak oglądam "plażę" na Morskim Oku to nie mam żadnych wątpliwości, nic tu po mnie, niemoc trwa dalej :)). Oczywiście urody Tatrom odmówić się nie da, ale ten tłum mnie kładzie na łopatki, do tego moja aspołeczna natura. Ale za to pooglądam, bo warunek mieliście przedni!
OdpowiedzUsuńJa muszę się przyznać - zapomniałem już jakie tłumy mogą w te góry iść. Z drugiej strony, raz na jakiś czas można wytrzymać. Byle tylko nie za dużo ;)
UsuńDzięki - warun trafił się lepszy niż prognozowano!